ur. 1991 w Zambrowie, od kilkunastu lat w Warszawie. Publikował w piśmie Jednorożec, kwartalniku Składka, kwartalniku Tlen Literacki i w magazynie Zakład. Z wykształcenia literaturoznawca, z zamiłowania rysuje, ig: @szmaja.lukasz

Wzdłuż ulicy J., przy wysokich krawężnikach, które niczym nagrobne płyty wystawały ponad magnetycznie szary asfalt, gdzieniegdzie wciąż tkwił przypominający kępki szalonej pleśni brudnoszary, topniejący śnieg, prześwietlany żółto przez poranek późnego marca. Zieleniło się z ociąganiem. Zaledwie w kilku miejscach można było zauważyć pragnące światła, karnie ustawione w pionie, małe, zielone, słodkawe igiełki, które bylejaki przymrozek mógł jeszcze bez większego trudu zepchnąć z powrotem do ziemi. Oczekiwano rychłego wyklucia się błękitu, fioletu, żółci, jak dotąd pogrążonych zapewne w głębokim pomieszaniu pod szarością popękanych płyt chodników, które ukazały się spod gęstych zasp wilgotne i jasne, świeże i skruszone. Brnięcie po zatwardziałym lodzie i zgrzytanie żółtego piasku było już tylko przykrym wspomnieniem.
W miasteczku Z. wszystkie chodniki nosiły pęknięcia. Biegły one od krańców zachodnich, gdzie urywały się nagle przy cmentarzu, nie sięgając położonej za nim stacji benzynowej, aż po krańce wschodnie, gdzie urywały się równie nagle przy kościele z białym krzyżem, na wieki wieków czarnym od spalin. Gdzie by się nie udać – na rynek, dziwacznie przecięty wskos główną trasą tranzytową z północnych krajów do stolicy, czy też na obrzeża, gdzie porzucone budowy porastały roślinnością i odpadami w czarnych workach; gdziekolwiek, gdzie tylko chodniki w ogóle położono – pod stopami natrafiało się na żyłki, naczynka, tętnice w kruszejącym betonowym mięsie. Spod kwadratowych płyt przezierała ni to czarna, ni to żółta ziemia koloru nijakiego, tu i ówdzie jak zepsute zęby sterczały z poziomu ziemi fragmenty betonu. Miasteczko Z. w czasie ulew gościło w związku z tymi pęknięciami niezliczoną ilość dżdżownic, które na powierzchni mnożyły tylko linie, załomy, plątaninę. Po miasteczku Z. należało się przemieszczać skacząc, by życia drobnego nie rozgniatać bez pardonu. A w jakich to istotnych celach wychodzono w deszcz i przemieszczano się dokądś? Nie wiadomo.
Dość prozaicznym skutkiem tego postępowego niezrównoważenia było to, że maszerujące w zbyt dużych bądź zbyt ciasnych bucikach czterolatki z przedszkola Biedronki potykały się i upadały na kolanka. W mniej niż ćwierć sekundy podnosiła je jedna z czterech pań nadzorujących marsz nad zalew utworzony na rzeczce J., która nie tyle przepływała przez miasteczko Z., co przesączała się raczej bez zbędnego pośpiechu. Zgrupowane parami dzieci rozglądały się na wszystkie strony, krzycząc, śmiejąc się, paplając, plując i wypluwając, co dodatkowo zwiększało tylko częstotliwość prozaicznych skutków miasteczkowej nierówności.
– Patrz pod nogi! – Panine słowa strzelały w powietrzu jak przekłuty krawiecką szpilką kolorowy, urodzinowy balonik.
– Uważaj, jak idziesz! – Panina komenda przeszywała słomiane, wiosenne powietrze jak spanikowana jaskółka.
I na nic były. I nic nie dawały. W podejrzanie czystym świetle poranka brzmiały jak kolejny ptasi szczebiot.
Świąteczna przepustka na wyjście z budynku przedszkola stanowiła nie lada atrakcję. Spacer ekscytował, ponieważ burzył rutynę dni, powtarzalnych zabaw w sprzedawanie i kupowanie. Przymus snu na leżakach od godziny x:30 do godziny y:30 uczył z kolei niezbędnej w tym procesie ekonomicznym dyscypliny. Koniecznego zaś szacunku dla darów Nieba uczyło spożywanie zupy w dwóch niezmiennie naprzemiennych wariantach: mlecznej bądź owocowej. Nawiasem mówiąc – podobno wśród biedronek obserwuje się przypadki kanibalizmu, zarówno wobec jaj, jak i larw. Dziewczynki z dziewczynkami i chłopcy z chłopcami, na końcu zaś samotna osoba z panią za rękę – co mogło być wyróżnieniem bądź hańbą.
Panie jak jeden mąż miały nasunięte na głowy granatowe bereciki, a ciałami wypchały sięgające kolan beżowe płaszczyki. Odczuwały jeszcze chłód, osłaniały więc szyje kolorowymi szaliczkami, ale na ich czoła już wstępował pot. Słowem – kisiły się w wiośnie. Kisiły się też dzieci w rękawiczkach zaledwie z kciukiem oraz naciągniętych na czoła, uniemożliwiających widzenie czapkach, i kurtkach, w których wydawały się tonąć. Niektórzy chłopcy specjalnie potykali się i ostentacyjnie demonstrowali niemożność samodzielnego podniesienia się z chodnika, tylko po to, żeby któraś z pań ich złajała. Im częściej byli łajani, tym bardziej potrafili doceniać nie tak częstą troskę. Okazywały ją zwłaszcza młodsze panie, które pojawiły się w przedszkolu niedawno.
Czereda dzieci przechodziła obok niekończących się płotków, nie wiadomo, po co okalających teren przy niskich bloczkach. Z mokrych desek złaziła zielona farba, ale ponieważ wilgoć zieleniła drewno, właściwie nie trzeba było znowu ich malować. Srebrne grzyby dodawały temu melanżowi natury i kultury niezbędnego półszlachetnego kolorytu. Pąki, niby małe zielono-białe języczki, wysuwały się z twardych i czarnych gałęzi śliwek. Sprawdzały, czy powietrze jest już wystarczająco ciepłe. Niestety, jeszcze zimno, wiatr nagle smaga czerwone policzki, w oczy zaszczypie, od ziemi ciągnie, spomiędzy pęknięć – wieczna chciwość.
– Idziemy!
Po drugiej stronie ulicy, z ciemnej jamy między martwym żywopłotem a brudnobiałą ścianą bloku numer 14, spod parterowego balkonu, obok zalepionego pajęczynami i zaślepionego brudem okna do piwnicy, wypełza nagle piesek. Od razu przykuwa uwagę wszystkich dzieci. Plotka roznosi się prawie jak feromon. Piesek jest doskonale widoczny, stoi pośrodku ogrodu, który dopiero za miesiąc stanie się pełnym warzyw, może owoców, rajem na miarę czasów.
– Piesek! Piesek! Hau! Hau! – Dzieci pokazują rękami w rękawiczkach.
Stworzenie znienacka przeskakuje przez murszejący płotek, oddzielający ogródek od (popękanego) chodnika, i siada na krawężniku nad ulicą. Wpatruje się bez ruchu w wycieczkę. Prawe oko ma białe, białe jak środek lata, jak biały skwar, który wchodzi do wnętrza śliwki; białe jak robak, przegryziony w połowie i wypluty na spalony upałem, uklepany stopami piach boiska.
– Piesek! Piesek!
Zwierzę wyszczerza nieśmiało pożółkły kieł. Sina warga drży jak powieka człowieka dotkniętego napadem epilepsji. Bestyjka stroszy kark, choć sierść ma już tak zmierzwioną, jak gdyby czołgała się na światło z bardzo daleka i głęboka. Wtem całe pieskowate ciałko drży gęściej. Ogon trzyma skulony między tylnymi łapami. W osiedlowe odgłosy – głuche trzepanie dywanu, zakręcanie, pisk opon, przekręcanie, tłuczenie szkła, śmiech przechodzący w kaszel – wdaje się, jak gangrena, coraz głośniejsze warczenie.
– Idziemy! Idziemy! Szybciutko! – Panie próbują opasać grupę dzieci szeroko wyciągniętymi ramionami i szerszymi krokami. Niby na burtach okrętu, który wpływa na niebezpieczne wody, przechylają się groźnie poza linię krawężnika, nad śnieżnym klifem ulicy, w którym, zamiast listków przebiśniegów, tkwią na zawsze fragmenty zgniłozielonego szkła.
Warczenie, zrazu cichutkie, nędzne, ogromnieje nagle, jakby zagrzewane świstem wiatru spomiędzy łopat i szpadli opartych o podłogę tarasu, spod taczki żartej rdzą; z nicości plątaniny zeschłej winorośli, przechodzi w znerwicowane szczeknięcia i wycie. Wkrada się między kurteczki, spocone i swędzące, i spływa zimną kroplą po kręgosłupie. Spojrzenie złe do białości i do białości smutne, zębami uchwyciło już uwagę i nie puszcza. Szczękościsk; odwracają się dzieci, bo piesek za nimi już po rzece czarnego asfaltu biegnie i wrzeszczy i nie tonie.
– Piesek! Piesek!
Panie odwracają głowy i patrzą na zwierzę z góry. Zasłaniają ciałami i otaczają, szaliki rozwiązują się, chłód natrętnie oblizuje szyje, ślizga się po naszyjnikach, jedna do drugiej szepce głośno, druga do trzeciej cicho krzyczy, tak, jak gdyby nie chciały, żeby same siebie słyszały.
– HA-U! HA-U! – Z psa, jak z pustej formy glinianej, wionie przeciągle echo ogromne, złowrogie i zimne, co zaprzecza jego niewielkim rozmiarom. Dzieci mijają, w rosnącej trwodze, musztardowe szczyty ostatnich bloków osiedla i sześcian sklepu spożywczego. Zeskakują w bród, przeprawę, na przejście dla pieszych. Krawężnik sięga kolanek. Z kraty odpływu, jak z głodnego brzucha, dobywa się granie marszu i charkot. Przy kratce gnuśna czerń siedzi – to jesień zgubiona i pomarańcz filtrów przepalonej zimy. Blisterek po tabletkach błyszczy jak kwiat wiosenny – ale bez płatków, pręcików i pszczółek. Połamane skrzynki po owocach, które leżą obok sklepu, mają kolor słomiany, dzieci brną przez zatarte pasy przejścia, po białych, jak gdyby nakrapianych szarą pleśnią, prostokątach.
– Dzień dobry!
– Dzień dobry!
– HA-U! HA-U!
– A dokąd tak licho goni?
– Panie Janku! Panie Janku!
Wspinają się na krawężnik z drugiej strony. Ciągną za rękawy, za kołnierze, łokcie. Stary pan Jan kuleje, grymasi coś, wysypują się z niego chrząknięcia i smarknięcia. Zatrzymał pochód. Przeciska się na tyły, odstawił coś, zrzucił coś z ramienia jak krzyż:
– Pani – Ergh! – Potrzyma!
Pies zauważa, że nadchodzi w szarej watowanej kurtce postać wielka i silna. Szczekanie wywija już kundla prawie na lewą stronę; ma rytm, ma puls, jak zaklęty elektryczny prąd się rozpościera. Spomiędzy chmur szorstki promień Słońca pada na scenę, a wietrzysko przedmuchuje śmieci przy krawężniku.
– Panie Janie! Panie Janie!
Wychodzi spomiędzy dzieci ostatnich i naprzeciw bestii wyciąga dłoń grubą, oznajmiając jak herold, tubalnie i czysto:
– A POSZEDŁ TY! WON!
I stopą w buciorze uderza, wali w pęknięte płyty chodnika, a bestią szarpią konwulsje, które nie mają żadnej wyraźnej przyczyny. I pochyla się Pan Jan, skrzypi kręgosłup, trzeszczy waciak w pachwinach. Podnosi popękanego chodnika kawał, nabity zgasłymi różowymi kamieniami nieszlachetnymi, i rzuca pod pazury, w ten szczekot; przebija ten rytm złowieszczy. Odwraca się piesek jak mechaniczna zabawka i ucieka bezgłośnie za ciemny róg sklepu, rozrzuca skrzynki z napisem „ORANGE”.
Bestia znika. Ciepło rozlewa się w żyłach, głębokie oddechy.
– Panie Janie! Dziękujemy! Kochany pan Jan!
Pan Jan rzuca dobrodusznie surowe spojrzenie na głowy dzieci; z twarzy jak ze ścierki wyżyma uśmiech czuły. Dzieci milczą i patrzą, jak zza łysiny wynurza się Wielkie Słońce. Wszystkie dzwony biją, choć nie jest niedziela. Jest rano. Mężczyzna bez słowa wraca na przód, tam hen na przód daleko. Tam, gdzie została pani, która utrzymuje na ramieniu ciężki krzyż, a za rękę trzyma najtchórzliwszego.
– Pani da. – Ergh! Dziękuję. – Odebrał od niej coś większego niż on sam i zarzucił na ramię, jak Jezus swój krzyż.
– Idziemy! Idziemy!
Po czarnym żwirze. Żwirowa mleczna droga, która kończy się w zamglonej oddali, gdzie drą się klaksonami auta. Końskie kopyta uderzają w czarne kamyczki, stęka wóz spłowiały jak drewno. Na wozie górka węgla smolista. Oczy dwóch chłopów jak cztery ziarna żwiru. To ulica G.-ska, co prowadzi między drewnianymi chatami z niebieskim papierem w oknach; nie ma chodnika po żadnej z jej stron. Spadziste dachy oklejone są papą przybitą gwoździami do drewna. W zagłębieniach drogi, wyżłobionych przez deszczowe dekady, jak galaktyki w pustym wszechświecie wygasłych gwiazd ukrywają się ostatnie liszaje śniegu.
Dzieci przepędzane są po żwirze do wąskiego przejścia między ogrodzeniami. Z prawej stoi dom pusty, który, jak wielki piec hutniczy z plątaniną rurek i kabli, oczekuje, aż ktoś ten żwir z drogi wsypie do jego drzwi. Okna dawno wygasły. Zardzewiał. Po ogrodzeniu pną się suche badyle, szkielety winorośli wiszą na żelaznych prętach; bladożółte, papierowe kwitki miechunki nieczytelne czekają w wyschniętej trawie obok zerwanych etykiet z wypaloną światłem farbą.
Po lewej biegnie ogrodzenie tylnego podwórza miejskiej biblioteki. Ogrodu bez ogrodnika, dzikiego miejsca, gdzie się nie przychodzi. Dzieci przepędzane są dróżką wydeptaną, bezpieczną za dnia. Nieświadomie zapamiętują jednak wódki i puszki, paczki i opakowania – nieumarłą florę. Wychodzą na przestrzeń, szeroką i cichą jak niebo, jednolitą – dotarli do zalewu. Z oddali słychać, jak na niewielkiej tamie piętrzy się ciecz i zamienia się w hałas.
Zimą rzeczka traci brzegi. Widać tylko betonowe płyty, na których jak dziury w zębach leżą czarne grzybnie. Zatrzymują się na mostku, woda szumi jak szalona, wypada z gardzieli zalewu w jęzor rzeczny, gęsty i oleisty. Nie ma nikogo. Kropelki potu kapią z czółek na popękany beton tamy i do wód udają się gruntowych i kradnie je rzeka, zabiera, niesie jak haracz, daninę, dar dla większej pani, dla carycy, królowej, dla władczyni surowej, co może ją kiedyś, drogie dzieci, zobaczycie, jak dorośniecie – albo jak was do niej zabiorą rodzice.
– Stańcie! Jesteśmy! Jesteśmy!
Głosy ulgi, dotarliśmy na miejsce rozstrzygnięcia. Dzieci nie są ciekawe. Stoją na mostku jak wryte i każde z nich patrzy nigdzie, rozglądają się nigdzie, czują, jak rzeka wyciąga z nich beztroski brak poczucia czasu, czują utratę, która wzbiera wraz z hałasem. Przy tamie gromadzi się cicho kra. Wielkie kawały skradają się do małego wodospadu, przy którym wyczerpuje się ogrom zalewu, przy którym stęża się głębia i zamienia w pianę. Hipnotyzuje ciemne wielkie lustro, w którego brudnym odbiciu jest wiosenne niebo. Tłucze się szkło i przelewa i znika po drugiej stronie tamy w wężyku wąskim, który nie mieści przecież nawet ćwierci tej wielkiej wody.
Pan Jan szuka czegoś, uderza się po kieszeniach dżinsowych spodni, znaleźć nie może, bije się po udach, kręci, bije się po piersiach, rozgląda, mamrocze, gulgocze.
– Dzieci! – Oczy pani robią się wielkie. Rzęsy dotykają brwi, uśmiech czerwony wycięty z szarego papieru twarzy, nozdrza wciągają powietrze lekkie. – Dzieci! Dzisiaj tutaj utopimy marzannę, którą wczoraj razem zrobiliśmy!
Z pamięci dziecięcej wysypują się błyski igieł, ciachnięcia nożyczkami, szelesty słomy, trzask pękającego sznurka, rwanie materii. Dwa guziki czarne jak żwir. Światło wpadające przez zakurzone szyby oblepia kolorowe wstążki szorującej o skórę bibuły. Materiał chustki na głowę przypomina ścierkę z kuchni, warkocze – zaplecione z pustych łodyg, pozbieranych razem: lewa, prawa, lewa, prawa; na koniec czerwona wstążka, supeł mocny, kokarda. Uśmiech z błyszczącego czerwonego papieru. Uśmiech, żeby jej tak nie bolało, a może żeby została zaskoczona? Drewniana deseczka, młotek, prostopadle deska druga, na krzyż, uderzenia, metaliczny smak gwoździ, wyjmij to z buzi! Suknia teraz nie powiewa. Leży na brzuchu, twarzą do ziemi, nieruchoma.
– Dzieci! – Oczy pani robią się ogromne, rzęsy dotykają grzywki, uśmiech sięga uszu, twarz się rozdziela, na nozdrzach pełgają nicienie drobnej czerwieni. – Dzieci! Pamiętacie, czego się uczyliśmy? Co mówimy, kiedy topimy marzannę?
– Mazianno, Mazianno… – jedno z dzieci nieśmiało, trzymając kciuk rękawiczki w buzi, zasepleniło imię.
– Dobrze! – W oczach pani zniknęły tęczówki, szczęka opadła bezwiednie aż do grdyki, nozdrza zapadły się do środka czaszki. – Dobrze! Ty zimowa panno! Tak!
– Ty zimowa panno! Dziś cię utopimy! – Przyśpiewka niosła się między czapeczkami i szaliczkami, wnikała w tkaniny, zawiesina gęstniała w skisłym, rozgrzanym powietrzu na granicy skroplenia – …bo nie cemy zimy!!
– Marzanno, Marzanno, ty zimowa panno, dziś cię utopimy, bo nie chcemy zimy! – jednocześnie z nagła powtórzyły, równo co do sylaby, wszystkie dzieci i… zamilkły, jak gdyby zaskoczone tą symultanicznością.
Jedna z pań rzuciła szybkie spojrzenie na Pana Jana, który podniósł kukłę. Drzazgi sterczały z nieheblowanych desek niczym ochronne kolce, co wydawało się nie przeszkadzać mężczyźnie. Marzanna uśmiechała się, beznosa, omiatając czarnym, żwirowym spojrzeniem niebo, ziemię i gromadkę stojących. Wydawała się tak ciężka, jak gdyby wnętrze słomy, z której wykonane było jej spętane w pasie i wokół szyi ciało, wypełniała prawdziwa krew, a krzyż, który stanowił jej kręgosłup, był nie sklejką zbitą gwoździami, lecz zespawanymi metalowymi prętami. Panie rozglądały się niespokojnie. Za odległym mostem, w oddali, w powietrze wzbiło się kilkanaście spłoszonych wron, a ich krakanie wypełniło przestrzeń. Kilkoro dzieci odnotowało w duchu, że nie słyszy huku spadającej obok wody. Rozglądały się tylko jak ogłuszone.
Pan Jan ze stęknięciem przerzucił kukłę z ramienia na metalową balustradę. Kciukiem trzykrotnie uderzył w kamień zapalniczki. Ogień wydostał się z wnętrza plastiku i Pan Jan zbliżył go do bibuły, która momentalnie zajęła się w całości – światło ognia, tak odmienne od światła słonecznego, przemknęło szybko po stojących w półkolu obecnych.
Uśmiechniętą kukłę trzymał, dopóki nie zaczął palić się jej słomiany korpus. Wtedy z impetem, ale i z dziwną, niewłaściwą jego gabarytom gracją, wyrzucił ją tak, by opadła na plecy w sam środek efemerycznego nurtu rzeczki, która chociaż lustro miała po tej stronie tamy spokojne, to tuż pod nim drobny piasek przetaczały siły znaczniejsze, niż mogło się to wydawać. Płonąca kukła nienaturalnie szybko spływała w dół smolistej rzeczki, ku odległemu mostowi, obserwowana przez dzieci w nabożnym milczeniu tak długo, aż ogień nie zgasł w wodzie, a kształt marzanny nie stopił się na tyle z lustrem rzeki, że nie sposób już było odróżnić go od chmury odbijającej się w tafli.
– Marzanno, Marzanno, ty zimowa panno, dziś cię utopimy, bo nie chcemy zimy! – zakrzyknęły chóralnie dzieci, symultanicznie, prawie wesoło, ku zdziwieniu pań. Popatrzywszy po sobie nawzajem, zaczęły rozcierać ramiona tych podopiecznych, którym panujący nad zalewem chłód wyraźnie odejmował animuszu.
– Ha! Ha! Ergh! Ekhem! – Wybuchł przerywanym śmiechem Pan Jan. – A to ci dopiero! Ha! Ha! – Charczał i kaszlał.
– Wracamy! – Krzyknęła jedna z pań ponad głowami dzieci. Spojrzawszy na stojący nieopodal pomnik z białym orłem, otoczony wiecznie zielonymi, lecz teraz fioletowo zmarzniętymi tujami i połamanymi ławkami, zaczęła ustawiać dzieci w rząd i odliczać. Dotykała kolejnych główek: dwa, cztery, sześć, osiem…
Szmaja, 2026 r.