Bywa Kromą i dłubie się we wszystkim, co wpadnie jej w ręce – pisze, haftuje, lecz głównie rysuje i maluje. Współtworzy trójmiejskiego zina muzyczno-artystycznego „Granadt”, do którego tworzy głównie ilustracje i grafiki. Była publikowana między innymi w “Strzępach”. Z pisaniem prozy pogodziła się stosunkowo niedawno.

Nie zakładam płaszcza, bo tak manifestuję wiosnę – odczuwając przeszywające zimno wiatrów północnych, uciekających od nocy polarnej zimy. Pierwszy spacer otwiera sezon niebieskiej bluzy ortalionowej, a chlupot kałuż zdrętwiałego już śniegu podpowiada mi drogę.
Szepcze do mnie:
– Nad rzeczkę… nad rzeczkę płynącą zwartym nurtem roztopów…
Na każdy mój krok odpowiada:
– Szukaj jej… szukaj, póki krew jej niezamarznięta tłoczy jeszcze cykl pór roku – im bardziej przemoczone mam buty, tym głośniej do mnie mówi, mocniej za stopę zimnem łapie, aż drętwieje, i teraz to on ją prowadzi w głąb lasu.
Gdy idę, mijam dziecięce kalosze, które wyrastają z potoków żelbetonu, płynących z wczesnowiosennych robót drogowych. Już po wycieczkach szkolnych pod szyldem topienia marzanny! To do niej mnie prowadzi odmarzanie.
– Musisz ją znaleźć, a czas ci się kurczy… końcowe dni jednocyfrowej pogody, później już za ciepło, by ratować… – ostatnie słowa śniegu.
Wchodzę głębiej w las, za gumowymi przebiśniegami. Ściółka leśna od dawna nie nastawiała budzika, a potok dopiero otwiera zaklejone rzęskami nitkowatych glonów oczy – kamienie.
Idąc z nurtem potoku tradycji, dostrzegam gdzieś w oddali leżącą kobietę. Marzanna rozmięka w strumyczku nieświadomości. Podchodzę bliżej, widzę rany na jej ciele – tradycja dokonana błędnie. Z zawiścią potraktowali kruche płatki jej śnieżnego naskórka. Z gniewem obchodzili się z mrozem jej oczu, co spowodowały publiczne odmarzanie rąk, jednakże to sieciówki nie wyprodukowały wystarczająco ciepłych puchowych kurtek.
Wybudzić ją ze snu letniego! Delikatnie biorę ją za rękę, na której dostrzegam ślady po ukrzyżowaniu, lecz ona z nich nie krwawi – ma zamrożone ciało.
Drugą dłonią nagle łapie mnie za powieki, paznokciem wyczesuje tęczówki, rozszczepia je po niebie. Ostatni deszcz jej mości.
Przytula mnie, chwyta za ortalion i łka mi kroplami w ramię. Odznaczają się na ciemno, przymarzają do materiału.
– Już powiedziałam bocianom, że moja egzekucja jest bliska. Nie zdołałam uciec tej zimy. Ukrzyżowali mnie, zamiast topić. Ukrzyżowali nad kaloryferami, które osuszają wasze mokradła.
Jej ciało pokrywają pręgi poparzeń od linii wysokiego napięcia; jej słomiane włosy wypłowiały od ultrafioletu; jej kostki spuchnięte, skręcone jak papiloty.
– Kiedy uciekałam od katów, potknęłam się o głośnik, który grał ćwierkanie ptaków na polu.
Jej piszczele obdrapane drutami łodyg sztucznych kwiatów. Zaburzają cykl, bo płatki powinny gnić na jesień. Cóż ma się odrodzić, jak nie pęki kwiatów? Jak nie zima i Marzanna?
Patrzę na jej stopioną tradycję i nie rozumiem już. Przecież egzekucja była dokonywana co roku; palili ją i topili, by z jej zgniłych żył na nowo mogły rozpościerać się korzenie. Skoro co zimę trzeba było doprowadzać do dokonywanego przez zamarznięte wioski samosądu, to czemu teraz łka mi w ramię deszczem, że umiera.
– Utopiona pływałam po dnie, całowałam nowe korzenie, spalona poprzez popiół nawoziłam wasze ziemie. Lecz ukrzyżowana w powietrzu zawisłam i nie mogłam przeobrazić się w wasz rozkwit. Spoglądałam tylko w dół na rozkopane dobrodziejstwa, przybita do krzyża.
Jej oddech stopił płatki śniegu. Nie zdołałam jej uratować; zmarła.
Ostatnia zima jej mości. Ostatnie roztopy Marzanny. Jaskółka śpiewa z igieł gramofonu – już nie z gałęzi. Śnieg oniemiał.