Wodnik przepowiadający zamążpójście

Ola Rajczyk

Wioska była spowita nocą, jednak śnieg skrzył się tak żywo, tak ogniście w blasku okrągłego księżyca, że jasno było jak w niebieski dzień. Skrzypiał pod trzewikami pięciu par stóp, soczyście niczym pierwsze jabłka, chrupką melodią oznajmując drzewom trasę osobliwego orszaku. Ścieżki niewychodzone rozwijały się pod stopami swobodnie, zapraszając do podróży nie wiadomo dokąd, donikąd może, poza umowny zarys wsi, dokładne wycyzelowany jedynie na rysunku zamkniętym szczelnie pośród dokumentów w majątku pana. Dla mieszkańców świat był prosty i rysunków nie wymagał; każdy przecież wiedział, gdzie się zaczyna, a gdzie kończy się ich wieś. 

Każdy też wiedział, żeby nie iść do chałupy Szymańskich, a już na pewno, na Boga, do studni tamtejszej się nie zbliżać, choćby pańskie konie ciągnęły w jej kierunku, popędzane batem diabelskim. Tam bowiem mieszkał wodnik, czyhający na czyste dusze. 

Rozchichotane głosy przemierzały las pewnie i sprężyście. Wigilia świętego Andrzeja była tak pogodna, tak piękna tego roku, że nic złego nie mogło się stać. Noc świetlista i czysta przypominała obłoki, a z nich już przecież tylko krok do nieba.

– Wodnik powiedział Jance Kózkównie, że Marek będzie jej mężem – powiedziała Cenia wcześniej tego wieczoru, zaraz po wróżeniu z butów, w którym wyszło, że to właśnie ona spośród grona przyjaciółek pierwsza wyjdzie za mąż. 

– Co ty opowiadasz! – Obruszyła się Krysia, aż jej się koszula zakotłowała we wzburzeniu. – Gdzie tam by Janka szła w las! Ona się boi nos wyściubić poza furtkę własnej chałupy!

– A co, ty Jankę znasz tak dobrze? – Cenia uśmiechnęła się, ale paskudnie. – To ty wiesz, że ona była z innym po słowie. Wieś miała opuścić dla niego.

– No, tak było – przytaknęła Marysia, która znała losy Janki z przekazów swojej matki i sąsiadek, w żaden sposób z Janką niespokrewnionych. Ceni zabłysły oczy. – No, a potem pan nagle wysłał jej narzeczonego nad Wisłę i tyle go widziano! Marek już następnego dnia stał na ganku jej rodziców. 

– To czary przecież muszą być – zapiszczała Ala. – To grzech. 

– A czym to się różni od tego, co my tutaj robimy? Tylko się grzecznie pytamy świętego Andrzeja o zamążpójście. Przecież ksiądz nie zabronił.

– W Morkach zabronił!

– Tu nie są Morki! Tu są Kobierce! Ja się tylko naszego księdza słucham i on nic złego we wróżbach nie widzi. 

– Święty Andrzej to co innego niż wodnik! Ksiądz by nie chciał, żebyśmy się z nim bratały!

– A skąd to wiesz? Jance ślubu udzielił normalnie, a z wodnikiem gadała.  

– To jest grzech czy nie, Bronka?

– Nie no, chyba nie –  powiedziała Bronka, tarmosząc nerwowo chustkę. – Jak ksiądz nie zabronił, to nie. 

Krowa ziewnęła i zakręciła ogonem, niby dorzucając swoje trzy grosze do rozmowy. W stodole było ciepło, parno od oddechów dziewcząt i zwierząt, na przekór siarczystemu mrozowi panującemu na zewnątrz. W powietrzu unosił się cierpki aromat domowego wina, które Cenia dostała od starego nosiwody w zamian za to, że uniosła bluzkę na kilka chwil. Rodzice Ali pozwolili dziewczynom na wróżby, byle nie w domu, bo – według jej ojca – jak są w piątkę, to pieją jak koguty o brzasku. Zmęczone pracą chłopy nie mogły zdzierżyć radości dziewcząt odnajdujących przyjemności koleżeństwa. 

Tego roku wróżby były poważniejsze niż dotychczas. Dziewczyny znajdowały się już w odpowiednim wieku do zamążpójścia. Taki nastrój narzuciła Krysia, której każda wróżba miała służyć jako potwierdzenie, że jej wybrankiem będzie Bartek Wilkowicz. Żaden inny jej nie interesował. Strzelała za nim oczami od wiosny, czasami nie słysząc nawet, co kto do niej mówi. Marysia często towarzyszyła jej w dziwnych wyprawach, których celem było jedynie złapanie spojrzenia Bartka. Jeśli Bóg zdecydował, że ich oczy tego dnia się nie spotkały, Krysia nie krzywiła się długo, bo sam widok chłopca wystarczył jej za strawę; więcej to dla niej znaczyło niż opłatek w niedzielę. 

I pewnie to ona zawtórowała Ceni i namówiła pozostałe na odwiedziny wodnika, jednak po wszystkim trudno było ustalić, kto i w jaki sposób pociągnął resztę za sobą. 

Krysia i Marysia zamykały pochód, trzymając się za ręce. Od dziecka były zżyte. Przed nimi Bronka milcząco parła naprzód, zlękniona ciemnym lasem. Ciągle międliła w palcach swój różaniec – najcenniejszą i najmilszą sercu rzecz, jaką posiadała. Cenia szła na czele z lampą w ręku, a tuż za nią człapała Ala, która za nic w świecie nie chciała iść ostatnia w korowodzie. 

– Wodnik może was porwać na synowe – marudziła gorzko. – Ja nie będę wam kwiatków sypać na takiej ceremonii.

– Jak się nie zamkniesz, to ci luftnę zaraz – syknęła Cenia. – Mogłaś zostać we wsi, skoro nic ci się nie podoba. 

– Idę z wami, żeby się modlić za wasze dusze, jak je wodnik złapie!

– Ty to za mąż nie pójdziesz… Ty mniszką będziesz, jak Bronka. 

– Może to dobry pomysł! Boga nie można tak obrażać! Bronia, zarócimy razem?

Obietnica przygody gęstniała z każdym krokiem. Dziewczęta nie przyznawały się; głupio się było przyznać na głos, nie, nie. Serce wcale nie wali tak mocno, jakby to był jego pierwszy dzień na ziemi. Krew nie wrze. Ta czerwień policzków to efekt wypitego wina. Noc listopadowa była ciepła, pomimo tego, że śnieg przykrył cienką warstwą wszystko po horyzont. Niemal nieprzytomne z podniecenia, wyrwane z kajdanów nudy, nie śmiały powiedzieć na głos, nawet zamknięte we własnym gronie, że to najbardziej ekscytująca rzecz, jaką w życiu zrobiły. Jakby przyznanie się miało oznaczać rzucenie klątwy. Musiały być dobrymi dziewczynami.

– Już tak daleko zaszłyśmy… – Bronka uśmiechała się niepewnie, ale jej oczy, zazwyczaj łagodne jak u gołąbka, płonęły. Szukała nimi sprzymierzeńca. Marysia zawsze czuła, że musi się nią opiekować. – Chodź, Ala – powiedziała i zrobiła krok, żeby ponownie wprawić pochód w ruch. – Za chwilę będziemy na miejscu, a potem szybko wrócimy. Nie potrwa to długo. 

– No, bez sensu się teraz wycofywać – zawtórowała Krysia. – Jak postanowiłyśmy, tak zróbmy.

Ala się obraziła, co jednak nie przeszkodziło jej we wspólnym maszerowaniu do celu.

Po drodze musiały minąć miejsce, które napawało Marysię większym strachem niż chałupa Szymańskich i wszystkie wodniki świata razem wzięte. Część wsi najbardziej oddalona na wschód nie miała wielu zabudowań. W środku lasu znajdowała się jednak chałupa, której od dawna nikt nie zamieszkiwał. Opuszczona zagroda wydawała się najciemniejszym miejscem pośród nocy. Ostatnią rodziną gospodarzącą tutaj byli Różyccy. Pan przeniósł ich do innej wsi i od tamtej pory nie mógł znaleźć chłopów, którzy mogliby się tu osiedlić. 

Marysia raz jeden przyszła tu z matką, już po wyprowadzce Różyckich. Wspominała to jak zły sen. Cisza, bezruch, mętne obrazy. Drżała na całym ciele, a najmocniej się trzęsła, kiedy stanęła po lewej stronie od wejścia, w samym kącie. Kołatało nią zimno, a coś ciągnęło w dół za kostki. Zbladła cała i wybiegła, żeby zwymiotować pod płotem. Matka nie rozumiała, co się stało, a Marysia nie miała słów, żeby jej wytłumaczyć, jakie okropieństwo tam siedzi, w kącie, niewidoczne. Złe. Matka mówiła, że Różycka nie mogła urodzić dziecka, stąd pewnie zagnieździło się coś niedobrego. Nigdy nikomu o tym nie powiedziały.

Marysia nie mogła nawet spojrzeć w kierunku zagrody. Odwróciła głowę i obserwowała bezpieczną biel lasu. W głębi ducha liczyła, że któraś z koleżanek zwróci uwagę na to miejsce i powie, że coś jest z nim nie tak. Przecież nie mogła być jedyną osobą, która poczuła ciarki na plecach, kiedy mijały bezludzkie domostwo. 

Marysia od dziecka czuła, że nie wolno zaglądać przez okna do wnętrz pustych, ciemnych domów, dlaczego więc ten kusił ją w przedziwny sposób? Tylko ją, jedną jedyną z pięciu?

Żadna z jej towarzyszek nie zaprzątała sobie głowy zagrodą; zajęte były trajkotaniem o kawalerach z sąsiedniej wioski. 

Dotarły wreszcie do chałupy Szymańskich. Po pożarze wywołanym przez uderzenie pioruna, a następnie stopniowe rozkradanie dobytku przez miejscowych, z pokaźnego domu zostały tylko fundamenty. 

Dziewczyny zebrały się wokół studni bez słowa. Cenia pochyliła się.

– Nie! – Ala krzyknęła i odciągnęła ją od krawędzi studni. – Jezus Maryja, chodźmy stąd! Nie róbmy tego, błagam!

– Po co lazłaś z nami, jak teraz tchórzysz!

Zanim kłótnia rozpętała się na dobre, Krysia ostrożnie podeszła do studni. Oddechy pięciu osób zatrzymały się jednocześnie, gdy zajrzała do środka, gdzie ciemność różniła się od tej nad ich głowami, bo miała inne źródło. Nie słychać żadnego ptactwa, pomyślała Marysia, spoglądając na zamarznięte drzewa. 

– Widzisz wodnika? – Cenia zbliżyła lampę do Krysi. Blada twarz dziewczyny, pokąsana zimnem i zarumieniona przygodą, która miała pozostać ich tajemnicą, rozkwitała krwistoczerwonymi rumieńcami. Żywotność pięciu dusz parowała w lodowatej jaskrawości nocy. 

– Nie. Tylko kupkę śniegu na dnie. 

– Zapytaj o coś!

– Wszystkie wiemy, o co…

Krysia zniżyła głowę. Marysia złapała ją za rękę w obawie, że wodnik wciągnie jej przyjaciółkę do środka. Bronka musiała wyczuć jej strach i też chwyciła Krysię za dłoń. Cenia trzymała lampę tak wysoko, że ich chustki zaczęły wyglądać jak aureole. Ala stała blisko światła, zaciskając zęby. 

– Czy Bartek Wilkowicz będzie moim mężem?

Cisza. 

– Powinnaś się przedstawić – zaordynowała Cenia półszeptem. – Skąd ma wiedzieć, kto pyta?

– Ja, Krystyna Kalinówna, chciałabym wiedzieć, czy Bartosz Wilkowicz się ze mną ożeni.

Brak odpowiedzi.

Cenia oświetliła lampą wnętrze studni i rozejrzała się uważnie. To dodało reszcie dziewcząt odwagi. Głowa przy głowie gapiły się na zamarznięte wnętrze. 

Wtedy Cenia beknęła soczyście, a echo studni potroiło dźwięk.

Śmiech, jaki się rozszedł po lesie, obudziłby umarłego. Ala stała zgięta w pół, dysząc niemalże. Bronka ocierała z twarzy wesołe łezki. Krysia i Marysia trzymały się siebie w dziwnym pół-uścisku, pół-chwycie.

– Teraz to już na pewno nie odpowie…

– A jak się obrazi?

– Gdzież tam… Na pewno lubi kawały…

Ta chwila bliskości złączyła je na wieczność. Marysia poczuła, że gwiazda najjaśniej świecąca nad ich głowami zachęca do zapamiętania tej chwili. Za rok o tej porze nie będą już wróżyć, bo większość z nich zostanie mężatkami. Mężowe dopilnują, żeby nie wymykały się po nocy z koleżankami na dalekie krańce wsi. Zresztą nie musieliby, bo dziewczęta dobrze wiedziały, że co wolno pannie, mężatce nie wypada. Ten śmiech, siostrzeństwo pachnące mrozem i słodkim potem, sekretność słów i czynów, przygoda wydeptana ich stopami – to już się nie powtórzy. 

Ten przebłysk nie miał w sobie nic z goryczy, tylko wdzięczność. 

– Co to było? – Ala obejrzała się za siebie, na nowo zlękniona. 

Cenia, wciąż wyraźnie zadowolona ze swojego żartu, stwierdziła: 

– Jelenie… Zaraz sobie pójdą. 

Dźwięk kopyt zbliżał się do nich miarowo, a z nim stłumione, męskie głosy. Musiały odruchowo skulić się w stadko, bo gdy czterej jeźdźcy opuścili las, stały tak blisko siebie, jakby starały się stworzyć jednolitą masę. 

– To syn pana, tam z boku – szepnęła Cenia. – Ten w środku też panicz. 

Gorączkowo zastanawiały się, czy zrobiły coś zakazanego. Ich emocje krążyły w zbitce ciał jak rój pszczół spłoszonych ogniem. Pan lubił porządek, a wałęsanie się młodych chłopek po nocy mogło być sygnałem, że coś we wsi jest nie na swoim miejscu. 

– Co tu robicie? – Pytanie mężczyzny przypominało warknięcie. 

Cenia wzięła na siebie jego gniew i przedstawiła całą grupę, zapewniając, że nic złego, że nie mają złych zamiarów, ot, zabawa, bo dzisiaj świętego Andrzeja. Głos jej drżał do rytmu trzęsących się kolan dziewcząt. 

Przybysze zeskoczyli z wierzchowców. Syn pana, Stanisław, najwyraźniej sprowadził swoich kolegów z okolicznych majątków. Byli pijani. 

– To wy chłopów szukacie, tak? – Zaśmiał się. Marysia zauważyła, że pozostali trzej mruczeli coś do siebie, zerkając raz na nie, raz na ziemię. – Proszę, jak baby potrafią się same poza wioskę wybrać, jeśli znajdą dobry powód… 

– Już wracamy – rzuciła szybko Ala. – Miałyśmy właśnie iść! Nie chcemy robić kłopotów. Bardzo pana przepraszamy, już nas nie ma! 

– Spokojnie, moje miłe. – Stanisław się uśmiechnął. – Przecież ma być zabawa, tak? Co się wam tak spieszy? Dopiero przyjechaliśmy.

– Urodziwe jesteśta – burknął jeden z jego towarzyszy. 

Zagryzły zęby; czuły, że każde następne wypowiedziane słowo może wpędzić je w jeszcze większe tarapaty. Wysoki wąsacz bez czapki szepnął coś Stanisławowi na ucho. Ten spojrzał na Bronkę. 

– Lepiej będzie, jak rzeczywiście sobie pójdziecie. Matki się pewnie zamartwiają.

Odetchnęły z ulgą, jak jeden organizm, by po chwili struchleć.

– Bronia się z nami napije i my ją odstawimy, pod samą chałupę. No, idźcie.

Marysia spojrzała na Bronkę, której twarz była zupełnie bez wyrazu, jak u kościelnej rzeźby, chłodna jak las dookoła. 

– Pan jest za dobry dla nas, taki uczynny – gorączkowo plotła Cenia. – My nie chcemy robić kłopotu, naprawdę, pójdziemy sobie…

– Powiedziałem, że wy macie iść. A ty, Bronka, zostań. Niedługo do zakonu idziesz, musimy ci wyprawić porządne pożegnanie, co nie? No, chodź do nas.

Nie ruszyły się do czasu, aż ich jedność rozbił krzyk z pięciu gardeł – odpowiedź na wystrzał z pistoletu. 

– Spierdalać! – Nie wiedziały, który z mężczyzn wrzasnął, zbyt zajęte ucieczką. Rozproszyły się w ciemności; ich bieg nie miał rytmu. 

Marysia skryła się za grubym pniem dębu. Wargi jej drżały ze strachu. Widziała, jak czterej mężczyźni trzymają Bronkę blisko siebie. Minęli jej kryjówkę, podążając w kierunku chałupy Różyckich. Rozejrzała się wokół, ale nie zauważyła nigdzie reszty towarzyszek. Serce waliło jej jak oszalałe, gdy śledziła grupę. Przytomne myśli zasłoniło wspomnienie z dzieciństwa: było lato, suche, aż kurz się unosił nad szosą. Bronka była mała, nie wyższa od kozy, kiedy szła do swojej chałupy, płacząc, a dół jej sukienki znaczyła krew. Cały dzień spędziła na pasionce. Gęsi się rozpierzchły i jej matka się na to zezłościła, a wszyscy byli jeszcze bardziej źli, gdy dzieci pytały, co się stało Bronce, dlaczego tak strasznie płakała. 

Serce Marysi biło mocno, ogłuszająco; las w ciemności i w nią wlał ciemność, aż  źródłem dźwięku nie było serce, tylko bęben z czeluści, mrok nocy, mrok drzew, jej mrok, ciemność tańcząca w rytm bębna, mrok człowieka, mrok mężczyzny, mrok dzieci Różyckiej, które bez chrztu nie mogły zostać pochowane na świętej ziemi; mrok wstydu, mrok bólu, którego szpony sięgały piekła. 

Marysia spojrzała w kąt chałupy, którego tak się bała, tam, gdzie prowadzili Bronkę, gdzie ziemia była czarna od prochu niespalonych ciałek, niedorobionych, niekochanych, niepomodlonych, wyciągających ręce do niej, ciepłej, a ona te ręce chwyciła; mrok jej i dzieci w jednej ciemności, w zgodzie, w całości, bez podziału na to, co chłodne i co ciepłe. Teraz zrozumiała. 

– Wrócę po was – wyszeptały jej członki złączone z ciemnością; słowa-duchy, czarna mowa. – Proszę, pomóżcie Broni. 

Gwiazdy zakręciły się, zawirowały, znikły. Ciemność trzymała rękę Marysi, obiecaj. Ziemia szorstka i czarna zafalowała jak trup, z którego uchodzi ostatni łyk powietrza; łyk ciemności, dźwięk bębna, ręka chłodna, wiele rąk, ręce wystające z ziemi. 

– A co to za gówno… – parsknął jeden z mężczyzn. 

– Co mnie za kostkę łapie…?

– Co, cholera, jakiś lis…

– Jezus Maria, nie puszcza!

Potem były już tylko wrzaski. Marysia, wiedziona ciemnością, złapała Bronkę za ramię i zaczęła biec w kierunku wsi. Doszedł do ich uszu huk broni palnej. Okryte i chronione ciemnością, bez trudu odnajdywały właściwą drogę pośród drzew, jak koty widzące w nocy. Dźwięk bębna, pohukiwanie sów, trzepot skrzydeł nietoperzy, popiskiwanie myszy, ryk jeleni – odgłosy naturalnego porządku rzeczy wyznaczyły im właściwy kierunek lepiej niż kompas, niż gwiazdy, które mogą przesłonić chmury; ich ziemia, ich ciemność, ciemność Marysi, ciemność porzuconych żyjątek pozbawionych Boga. 

– Co tam się stało? – Bronka załkała, gdy zobaczyły zarys wieży kościelnej pomiędzy drzewami. 

– Już wszystko dobrze – uspokoiła ją Marysia. – Wszystko będzie dobrze…

– Tam nie było Boga. – Oczy zaszklone łzami iskrzyły mocniej od szyb ukoronkowanych mrozem. – Diabeł mnie chronił. Z diabłem jestem w konszachtach. Boże, ratuj mnie!…

– Bronka, nie, nie diabeł! 

Skąd we mnie ta pewność? Myśli Marysi odzyskiwały jasność, im dalej znajdowała się od chałupy Różyckich. Od miejsca pochówku niedonoszonych ciąż. Prawda utknęła jej w gardle. – Bronka, będziemy musiały poświęcić tamtą ziemię.

– Co? Co ty mówisz?

– Każdy zasługuje na pochówek po Bożemu, zgadzasz się? Jak ci powiem, że musisz ulżyć duszom błąkającym się po świecie bez grobu, uznasz to za uczynek chrześcijański, prawda?

Bronka przytaknęła. Zawarły pakt i bez pożegnania rozeszły się do swoich domostw. 

***

We wsi potem gadali, że syn pana tak się spił ze swoimi koleżkami, że się pokłócili, pobili, a potem wyzwali na pojedynek. Od kuli pistoletu zginął Mścisław, syn ziemianina zza drugiej strony Wisły. Stanisław wyjechał studiować. Służki szeptały, że pan go wyrzucił i przeklął aż po kres jego dni. Opowieść miała wiele wariantów, a co i rusz ktoś dorzucał element z zasłyszanych plotek. 

Bronka nie doczekała wesela żadnej ze swoich koleżanek. Zaraz po Matki Boskiej Gromnicznej wyjechała, żeby wstąpić do zakonu bernardynek. Swój różaniec zostawiła w Kobiercach, pochowany pod chałupą w lesie, którą niegdyś zamieszkiwali Różyccy.