Jadę do ciebie tramwajem…

Marcin Gościcki

Siedzę sobie w tramwaju, jadę na wykład. Te tramwaje to przedziwny środek transportu, ni to samochód, ni to pociąg… tak się telepią i turkoczą, że aż w brzuchu skręca. Może za bardzo przyzwyczaiłem się do pociągów? A może po prostu jestem głodny, w końcu jak zwykle nie jadłem śniadania. Mieszkam bardzo blisko dworca, więc obliczyłem sobie optymalną ilość czasu potrzebną na poranną rutynę i dotarcie tam, aby spać jak najdłużej. Szkoda, że w moich obliczeniach nie uwzględniłem posiłku.

Rozpinam kieszeń mojego starego, zniszczonego plecaka „THE NORTH FACE”. Mam go chyba od podstawówki, szkoda wyrzucać. Wyciągam z wnętrza zestaw śniadaniowy. Zestaw śniadaniowy jest bardzo sprytny, to jeden z moich najwspanialszych wynalazków. Foliowa torebka, a w środku: kawałek papierowego ręcznika, mandarynka, plastikowa łyżka, no i oczywiście jogurt Jogobella marki „Zott”! Kupiliśmy ich mnóstwo, bo nie dość że są zdrowe, to jeszcze smaczne i poręczne. No i ten szeroki wachlarz smaków! Nawet nie pamiętam, który zabrałem dzisiaj.

Czuje się, jakbym odprawiał jakiś religijny rytuał albo brał udział w japońskiej ceremonii parzenia herbaty. Z zestawem śniadaniowym nie można iść na rympał, wszystko ma swoją właściwą kolejność. Najpierw wyjmę jogurt i delikatnie oderwę wieczko. Bardzo ważne jest, aby nie ściskać plastikowego kubeczka przy otwieraniu, bo wieczko robi wtedy takie „pyk!” i bąbel powietrza wyrzuca kropelki jogurtu na koszulę. To niezwykle irytujące.

Wczuwam się w drgania kół i wyglądam przez okno. Jest coś magicznego w podróży tramwajem, są takie… uroczo powolne, można nacieszyć się widokami. A zakręcając robią „dryńdryńdryń!”. To miłe. Jakieś takie staroświeckie i… Warszawskie! Która to już godzina? Cholera… Gdyby nie te remonty na kolei, nie musiałbym turlać się trzema środkami transportu, mógłbym spokojnie dojechać na Powiśle pociągiem, a potem spacerkiem dotrzeć na wydział. Ale nieee! Musieli rozkopać tory, nie mają co robić. Najgorzej jest jechać zatłoczonym autobusem, tak napchanym, że chce mi się rzygać. Koszmar! Ale powinienem być wyrozumiały, każda z tych osób też chce zdążyć na czas do pracy, na uczelnię i takie tam. Na szczęście na Wiatracznej mogę wsiąść w wesoły tramwaj i mieć święty spokój. 

Dryńdryńdryń!

Ale wróćmy do śniadania, muszę się trochę pospieszyć. To znaczy, muszę zacząć jeść teraz, żeby za chwilę nie jeść w pośpiechu. Nie po to nie jadłem śniadania w pośpiechu w domu, żeby teraz jeść je w pośpiechu w tramwaju, absurd! Wyciągam więc jogurt, z ciekawością zerkając jaki wylosowałem dzisiaj smak. O! to Jogobella Light, o smaku pieczonego jabłka! Co za skomplikowany smak, nie jakaś tam „truskawka” czy „kiwi”. Skomplikowany smak na skomplikowaną podróż na studia. Na szczęście tylko przez miesiąc lub dwa, potem remonty na kolei się skończą.

Otwieram plastikowy kubeczek, uważając, aby go nie ściskać. Udało się, wieczko nie zrobiło „pyk!”. Z odrobiną wstydu je oblizuję. Wiem, że nie powinienem, bo tam mogą być jakieś kropelki azotu czy czegoś, i w ogóle nie wypada, ale na wieczku jest tyle jogurtu, że aż wstyd zostawiać. Chowam oblizane wieczko do foliowej torebki. Dlatego właśnie wszystko jest w torebce, aby nic się nie ubrudziło. Wyciągam łyżkę i powoli delektuję się jogurtem. Jak dobrze, że nie muszę się spieszyć. Jogurty Light mają nieco subtelniejszy smak, ale nutka cynamonu idealnie równoważy tą małą niedogodność. Gdy już skończę jeść jogurt, ostrożnie obiorę mandarynkę.

Skończyłem jeść jogurt. Już miałem chować pusty kubeczek do torebki, gdy moją uwagę przykuło pojawienie się dwóch wysokich mężczyzn, ubranych niezwykle formalnie. Jeden z nich skinął głową w kierunku budki kierowcy, a drugi ruszył w głą b pojazdu. Cholera, kanary!? Wpieprzyli mi się z buciorami w mój święty zestaw śniadaniowy, jak śmieli? Zaraz… jeszcze nigdy nie widziałem kontrolerów biletów w tramwaju… coś tu nie gra. Szybkie zerknięcie w kierunku mężczyzn potwierdziło moje przypuszczenia. Te włosy ścięte na jeża, te zestawy słuchawkowe. To nie byli kontrolerzy. To byli agenci BOR-u. I przyszli tu właśnie po mnie.

Mój wzrok opadł na pusty kubeczek po jogurcie. Na etykietce określającej jego smak dostrzegłem dwa słowa. „Panna Cotta”.

Agenci Biura Ochrony Rzeczywistości już zdążyli zakrzywić wymiary.

Poderwałem się z siedzenia, natychmiast ciskając w kierunku bliższego agenta kulę skwierczącej energii. Próbował się bronić, ale nawet nie zdążył nałożyć tarczy ochronnej. Gdy kula dosięgła jego ciała, natychmiast zniknął. Teleportowałem go do Azji Mniejszej. Lubię teleportować natrętów do Azji Mniejszej, bo są tam strasznie rozmemłane czakramy energetyczne, więc trudno im się wydostać. 

Drugi agent nie był amatorem. W mgnieniu oka rzucił na siebie „Potężną Widmową Skorupę” poziomu trzeciego lub czwartego. Przełknąłem ślinę. Nie dlatego że się bałem. Po prostu chciałem posmakować resztek jogurtu w moim gardle.

O co się tak na mnie uwzięli? O to, że z miesiąc temu zmieniłem pogodę nad Starym Miastem? Też mi zbrodnia. Chciałem tylko, aby randka się udała… nie mogłem pozwolić na deszcz w taki wieczór. Było cudownie! Wspaniała, rześka noc z rozgwieżdżonym niebem. Nie wiedziałem, że tak się za to wściekną… co ich obchodzi pogoda nad starówką? Nie zrobiłem nic złego.

Uniknąłem rozwidlonej błyskawicy, która uderzyła w okno z tyłu tramwaju. Zerknąłem na pozostałych pasażerów, ale byli bezpieczni. Wypaczeni w bańce innego wymiaru, która objęła cały pojazd. Ich sylwetki delikatnie drgały, a nieobecne oczy wpatrywały się pusto w przestrzeń. Gdy bąbel już pęknie, oczywiście nie będą niczego pamiętać. Biuro chciało utrzymać całą tą maskaradę w tajemnicy.

Ze zgrozą spostrzegłem, że moje ciało zastyga w bezruchu. Cholerny jogurt! Już go zjadłem, a oni podmienili smak na ten z innego wymiaru i zakotwiczyli mnie w nim. Sprytne. 

Agent zaczął zbliżać się do mnie z uśmiechem na ustach. Był pewnie dumny ze swojej sztuczki. Ale nie po to w weekendy ślęczałem w BUW-ie nad „Wstęgami” Panettiego, abym teraz dał się złapać na takie prymitywne pułapki. Tak, podejdź bliżej. Ja ci pokażę pułapkę, pajacu.

Ostatkiem sił zamknąłem oczy. Skupiłem myśli na kluczu, który pozwoli mi się wydostać. Jogobella Light marki „Zott”, o smaku pieczonego jabłka.

Zerwałem zakotwiczenie. Zanegowałem zmianę smaku jogurtu i wróciłem do właściwego wymiaru. Cynamonowe nuty tańczyły mi na języku, gdy uniosłem dłoń i przeniosłem przerażonego agenta w inne miejsce. 

W podziemiach jednego z budynków na Śródmieściu jest taki mały pokoik, który sowieci zbudowali, aby wyłapywać wrogich agentów. Czakramy energetyczne całego miasta skupiają się właśnie w tym pokoju, uniemożliwiając teleportację. Ale teraz to tylko schowek na miotły. Jest zamknięty na klucz, a woźny otwiera go dopiero gdy skończy zamiatać wszystkie piętra budynku. Zasięg widmowej iglicy obejmuje całą Warszawę, a jej przytłaczająca potęga jest nieunikniona. Przekonałem się o tym na własnej skórze. Teraz przekona się o tym ten durny agent. Nie można tak po prostu wydostać się z Pałacu Kultury i Nauki.

Odetchnąłem, opadając na siedzenie. Co za zwariowany poranek. O czymś zapomniałem? A, racja. Bąbel. Ścisnąłem rzeczywistość. Musiałem porządnie się skupić, bo to była zaawansowana technika poziomu piątego.

Pyk!

Dryńdryńdryń!

Tramwaj wrócił do właściwego wymiaru. Reszta pasażerów oczywiście patrzyła na mnie jak na dziwaka, więc szybko zająłem swoje miejsce. Nigdy nie zrozumieją, przez co muszę przechodzić. Cholerne zatłoczone autobusy na Wiatraczną… Nie. Powinienem mieć więcej empatii. Może oni też mieli swoje przygody w innych wymiarach, w drodze do pracy, na uczelnię i tak dalej. Kto to wie?

Wyjąłem mandarynkę. Ostrożnie obrałem ją tak, aby nie upuścić żadnego kawałka skórki ani nie ubrudzić się sokiem. Delektowałem się miąższem, jedząc po kolei każdą cząstkę. Następnie wytarłem dłonie w papierowy ręcznik.

Sprytność zestawu śniadaniowego polega na tym, że wszystko ładnie się składa. Oczyszczona kawałkiem papierowego ręcznika łyżeczka ląduje w odpowiedniej przegródce plecaka marki „THE NORTH FACE”. Potem ją umyję i włożę do nowego zestawu. Obierki mandarynki i wieczko jogurtu wkładam do pustego plastikowego kubeczka. Całość zawijam w foliową torebkę. Gdy już wysiądę z tramwaju, wyrzucę torebkę do najbliższego śmietnika.

Zerkam na zegarek w telefonie. Cholera. Znowu spóźnię się na wykład.

Z drugiej strony, czy ten wykład jest aż taki ważny? Nic się nie stanie, jak wejdę lekko spóźniony. Za bardzo się tym wszystkim stresuję. Najważniejsze jest to, że na uczelni będzie dzisiaj Ona.

Aż mi się przypomina taka stara piosenka…

Jadę do Ciebie tramwajem… Oo… Tam tarida di-da, tam tarida di da di da!