Marcin Noras
Na jeziorze samotnie płynął biały łabędź, zbudzony moimi krokami i chyba nieco zdezorientowany. Majestatycznie, jak kosmiczny krążownik, sunął po czarnej tafli prosto w moim kierunku. Zatoczył koło przed miejscem, w którym siedziałem, jak wrona nad trupem i już bez gracji wczłapał na platformę. Widać z wioskowego wariata awansowałem na księżniczkę Disneya; mimo woli pomyślałem o wszystkich rycerskich legendach, pięknych damach zamienionych w łabędzia i o ojcu Heleny Trojańskiej.
Kumpel mówił, że łabędzie to dresy pośród ptaków – są nachalne, niepotrzebnie agresywne, terytorialne i szukają zaczepki. Może naiwnie, ale w dresach zawsze widziałem jakiś archetyp szlachetnego dzikusa, mężnego Toksarisa, narowiście męskiego, ale szczerego. Nie, łabędzie to coś innego.
Ptak spojrzał na mnie i ruszył do przeciwnej krawędzi kamiennego molo. Dokonał obchodu, jak cesarsko-królewski oficer, i wrócił ku mnie. Nagle wydawał się czystszy, jaśniejszy. Znów rozłożył skrzydła, ale tym razem nie był wrogi. Majestatycznie uniesiony wpatrywał się we mnie, jaśniejąc jak świeżo wyprana pościel, jak witraż katedry o wschodzie.
Gdy w końcu otworzył dziób, rozległ się z niego głos anielski, chóralny, jak coś wyjętego z Tolkiena. Wysublimowana, elficka pieśń płynęła z jego długiej szyi wraz z przytłaczającym promieniem światła – a w tym świetle widziałem siebie, z głową ułożoną bokiem na kowadle. Nade mną bogini Atena stała z wielkim młotem w jednej ręce i małą, złotą figurką smoka między palcami drugiej.
– Albo zrozumie… albo nie – powiedziała, stawiając figurkę na mojej skroni, a ja pomyślałem, że nagle łabędź ma sens. Ptak, który jest wężem. Z długą wężową szyją, z wężowym syczeniem i wężowym sposobem dziobania. Wąż w końcu złapał odwiecznie uciekającego ptaka, a powstały z ich syntezy smok przyjął postać łabędzia.
Młot opadł, przenikając moją czaszkę, z hukiem waląc w kowadło. Kręciło mi się w głowie, po figurce nie było śladu. Myślowy implant został zaszczepiony; smocza mądrość metafizycznej kompletności walczyła o miejsce w mojej głowie, jak przeszczep negocjujący z biorcą. Zatoczyłem się – nie wiem, czy w świetlnej wizji, czy na jawie, czy jedno i drugie, trzymając się za łeb, który nie bolał, ale i tak krzyczał nadmiarem bodźców. Zobaczyłem siebie w odbiciu wypolerowanej tarczy Ateny, która wzięła się nie wiadomo skąd.
Za moimi plecami powoli, z całym dostojeństwem, rozpościerały się białe skrzydła, okryte długimi piórami; śpiewający przede mną łabędź nagle wydał się bliźniaczo podobny. Zamknął dziób i światło wraz z wizją ustało, ale pieśń trwała nadal. Słyszałem chóralne zaproszenie – „Bądź z nami, bądź nami. Bądź taki jak my, lepszy niż inni, symboliczny i wyrafinowany, czysty i śnieżnobiały, zawsze pełen gracji i taktu.”
Obejrzałem się za siebie. Zaskoczyłem się widokiem skrzydeł, przynajmniej na tyle, na ile cokolwiek było mnie w stanie jeszcze dzisiaj zaskoczyć. Skrzydła jednocześnie były i nie były na moich plecach, wahające się, czy istnieć, czekające na moją zgodę – przesłaniały mi nieco widok w kierunku, z którego oczekiwałem przybycia swojego brata-bliźniaka-wroga. Było po drodze wiele innych osób, ale nie myślałem o nich. Wiedziałem, czułem, że tam, gdzie zaprasza mnie łabędź, nie ma miejsca dla mojej drugiej części. Już raz opuściłem mojego brata, w sumie z podobnych powodów. Może drugi raz byłby łatwiejszy?
Ale nie był. Nie chciałem za grosz znów go zostawiać. Nie było w tym przywiązaniu nawet poczucia winy, nie było poczucia obowiązku. Wiedziałem, że zrywając naszą więź, zabiłbym go, ale to nie jego śmierci się bałem. Śmierć ogólnie wydaje mi się zbyt prozaiczna, żeby wzbudzać lęk. Nie, bałem się JEGO śmierci – a z nim, części siebie. Jego koniec oznaczałby, że musiałbym iść naprzód sam, nie tak, jak dotychczas, gdzie brat istniał gdzieś w oddali, w ciemnej pieczarze mojego umysłu. Nie, teraz byłbym tylko ja, a bez niego… bez niego bym się nienawidził.
Westchnąłem. Skrzydła zniknęły, pieśń ustała, przeszczep się nie przyjął. Łabędź stał przede mną, jak przerośnięta szara gęś, patrząc spode łba. Złożył skrzydła, ale tylko po to, by przełączyć się z trybu „mistyczny posłaniec” na „upierdliwe bydlę”. Trzepotał, syczał, charczał i napadał na mnie wszelkimi innymi środkami, w które wyposażyła go natura.
Nauczanie, wzrost, rozwój, zawsze kosztuje. Czasem to po prostu uczciwy wysiłek. Czasem budowanie nowych części siebie polega na strategicznym traumatyzowaniu się, a częściej – byciu traumatyzowanym. Jakieś… psycho-intelektualne szczepienia. Mówimy dzieciom o świętym Mikołaju tylko po to, żeby im go odebrać. Tworzymy rzeczy w naszych umysłach, by je niszczyć, wszystko w z góry określonej procedurze alchemicznej, solve et coagula. To dlatego w naszych umysłach nie ma czegoś takiego, jak „liczy się efekt”. Sposób powstania naszych myśli, układów i zachowań sam w sobie jest efektem. Nie ma najmniejszej wartości, jeśli twoja osobowość jest tylko wypadkową rzeczy, które ci się przydarzyły – tak samo, jak bezwartościowe jest, jeśli twoja osobowość to wyłącznie zbiór intencji na temat tego, kim chcesz być. Kamień filozoficzny leży w relacji pomiędzy tym, czym logicznie powinieneś być, na prostej przyczynowo-skutkowo-behawioralnej ścieżce, a tym, czym ostatecznie się stajesz. Wynikiem odejmowania tych dwóch elementów jest wola.
Łabędzie nie są dresami pośród ptaków. Nie bez powodu są symbolami rycerzy i dam, orderów i królów. Łabędzie są nachalne, niepotrzebnie agresywne, terytorialne i szukają zaczepki. Łabędzie to możni tego świata, jego władcy i elity, zawsze śnieżnobiali, zawsze lepsi od innych. I gdy w końcu udało mi się kopniakiem wysłać oponenta na jezioro, poczułem, że ptak nie był smokiem. Był zwyczajnym bydlątkiem bożym, jak my wszyscy.
