Planeta X

Kalina Rukat

Mikołaj miał 10 lat, kiedy zaczął śnić o tajemniczej planecie. Zbiegło się to w czasie z uprowadzeniem jego ukochanego jamnika Merlina spod sklepu spożywczego. Mimo usilnych poszukiwań, piesek wyparował z powierzchni ziemi. W snach Mikołaja jamniczek wielokrotnie owijał swoje długie, brązowe ciałko wokół brunatnej planety, a potem szczekał na chłopca. Mikołaj chciał lecieć za swoim przyjacielem, ale im bardziej próbował się zbliżyć, tym szybciej czerwonawa planeta wirowała, a Merlinek owijał się wokół niej coraz ciaśniej, oplatał jej powierzchnię jamniczym bluszczem. Mikołaj nigdy nie doczekał końca tego snu; każdej nocy, niezmiennie, rozpaczliwe szczekanie w końcu zlewało się z dźwiękiem budzika. Znowu trzeba było wstać do szkoły.

Kilka miesięcy wcześniej u ojca Mikołaja rozwinęła się obsesja na punkcie tajemniczej Planety X. Ten niedoszły astronom i niespełniony taksówkarz odnalazł swoje przeznaczenie w pogoni za pięknem odległego kosmicznego ciała. Odkąd dowiedział się z nocnego programu telewizyjnego o istnieniu enigmatycznej Nibiru, postawił sobie za cel uświadomić jak najwięcej osób, że zawsze żyli w obrębie jej orbity. W czasie nocnych kursów po Warszawie opowiadał pasażerom, że piękna Nibiru ukryta za potężnym Jowiszem czeka na odpowiedni moment, by ponownie ujawnić Ziemianom swój czar. Ponownie, bo przecież kiedyś już zrodziła Ziemię, i to my musimy zadbać o to, by znów zasłużyć na jej blask. Tak mówił ojciec Mikołaja; jedni słuchali go mniej, inni bardziej. Ci najbardziej uważni wracali z nim z do mieszkania, by słuchać dalej. Opowieści z nocnych kursów zaczęły zajmować wieczory, a w końcu i całe dni. Taksówkarz obrósł warstwą kilkunastu wiernych wyznawców. Mikołaj też słuchał. Wyobrażał sobie, że razem z Merlinem oglądają nocne niebo, na którym obok Księżyca lśni jego rdzawa siostra.

W pewnym momencie w marzenia o Planecie wkradło się pełne niepokoju oczekiwanie. Na spotkaniach domorosłych astronomów coraz częściej można było usłyszeć przyciszone głosy wspominające o kalendarzu Majów, o zderzeniu planet, o siłach grawitacyjnych, o przebiegunowaniu. Grono słuchaczy zacieśniło się niczym rój pszczół w przygotowaniu na nadchodzącą katastrofę. Koniunkcja planet miała przynieść koniec starego i nowy początek – dla tych, którzy na to zasługiwali. Jeśli ktoś miał przetrwać, byli to właśnie oni. Kalendarz Majów wyznaczył datę spotkania z przeznaczeniem, a ojciec Mikołaja ułożył jasny plan działania. Aby wyprzedzić tok zdarzeń, w wyznaczonym dniu jego wyznawcy mieli zetknąć się z planetą w wymiarze astralnym. Niestety, Mikołaj był za mały, aby przyjąć wymaganą dawkę Tantum Rosa, umożliwiającą wstęp do świata duchowego bez uprzedniego przygotowania medytacyjnego. Całą noc krążył więc pośród ciał odurzonych dorosłych i wypatrywał przez okno pierwszego śladu Nibiru. Myślał o wszystkim, co zrobi, gdy wreszcie ujrzy na niebie czerwony blask. Z zadumy wyrwał go pierwszy promień kolejnego dnia; dnia takiego samego, jak wszystkie te, które Mikołaj przeżył dotychczas.

Tajemnicza planeta przekazała swoim śniącym wyznawcom wiadomość: ludzkość nie jest jeszcze gotowa. Ojciec wskazywał kolejne daty, w których miało dojść do następnej koniunkcji planet, a stary świat miał ustąpić miejsca nowemu. Zawsze jednak kończyło się tak samo – czyli nie kończyło się wcale. Wszystko, nieznośnie, trwało dalej. Mikołaj przestał słuchać ojca. Zaczął zatracać się w innych historiach, takich, w których po początku i rozwinięciu przychodziło zakończenie, kulminacja. Koniec, nadający znaczenie całości. Tylko w snach wciąż nie mógł dogonić wirującej planety i oplecionego wokół niej Merlina. Coraz częściej miał wrażenie, że szykuje się na coś, co nigdy nie nastąpi, jakby trzymał w ręce bilety na odwołany seans. 

Mikołaj miał 25 lat, kiedy Planeta X nawiedziła jego sny po raz ostatni. Tamtej nocy oglądał kolejny sezon ciągnącego się od lat serialu. Oślepiony błękitnym światłem ekranu nie poczuł, że zasypia. Sen o Nibiru był taki sam jak zawsze. Mikołaj unosił się w przestrzeni kosmicznej, jamnik szczekał, a planeta wirowała coraz szybciej. Chłopak jak zawsze wyciągał ręce, wołał swojego przyjaciela i z całych sił próbował go dogonić. Następnie pies i planeta zniknęli w błysku niebieskiego światła. Po przebudzeniu na ekranie laptopa wciąż odtwarzały się kolejne odcinki, z uporem męczące te same nieznośne wątki, które powinny skończyć się już dawno temu. Ile razy to samo słońce oświetli te same ścieżki? Ile razy można obudzić się z tego samego snu? Mikołaj zamknął laptop i wyjrzał za okno w poszukiwaniu brunatnej siostry Księżyca.