ur.2004, do niedawna studentka anglistyki i ekonomii na UW. Publikowała teksty m.in. w „Tlenie Literackim” i „Second Thoughts”. Mieszka w Warszawie.

Stała na granicy aktualnego i przemijającego, znanego i zapomnianego. Dla pokolenia mojej matki była postacią osobliwą, lecz obecną ciałem; w umysłach moich dzieci i ich kolegów urosła do rangi nieuchwytnej legendy: stara i zgarbiona – młoda i piękna – z kurzajkami i zakrzywionym nosem – w brudnych łachmanach – rozmawiająca z Bogiem.
Ceniła się. Za jedną wizytę brała dwieście złotych; dwieście pięćdziesiąt, jeśli sprawa była szczególnie trudna. Do spraw prostych należały: czy miłość jest odwzajemniona, kim będziesz w przyszłości, czemu chorujesz i jest ci źle. Do spraw trudnych należały: kiedy i na co dokładnie umrzesz, uleczanie zwierząt i rzucanie klątwy na sąsiada. Dużo dziewczyn chciało wiedzieć, czy trafi na dobrą partię, zwłaszcza – czy mąż nie będzie pił. Z bolesnymi miesiączkami też często przychodziły. To były sprawy proste, za dwieście złotych.
Słyszałam o niej w dzieciństwie od babki. Potem wyjechałam, a to, co znane, zostało za plecami. Wcześniej obecna na peryferiach świadomości, zniknęła z myśli z błyskawiczną łatwością. Teraz jednak miałam problem – moje własne dziecko cierpiało, a wszelkie inne rozwiązania się wyczerpały. Wróciła więc.
To było może miesiąc temu, gdy Lila zwijała się z bólu na białych łazienkowych kafelkach. Szósty raz z rzędu nie dostała okresu, a nieznajdujące ujścia, niebędące płodem fale krwi przetaczały się przez jej organizm w postaci czystego bólu. Każdy kolejny raz był coraz gorszy; wtedy, słysząc odgłosy jej suchych, dławiących wymiotów, bałam się, że to już to. Myśl o pójściu do starej pojawiła się nagle, odklejona, absurdalna. Ale przyjęła się na żyznym gruncie otumanionego strachem umysłu i wykiełkowała.
Codziennie jeździłam z przedmieść, gdzie mieszkaliśmy, do samego centrum. Codziennie myślałam też o moim dziecku. Niemal wszystkie koleżanki w pracy były miastowe; gdy opowiadałam im o problemach Lili, współczuły, doradzały, polecały ginekologów. Mój pomysł nie znalazł zrozumienia. Nieważne, jakiego słowa użyłam, wykrzywiały twarz w niesmaku. Zbyt szeleszcząca „szeptucha”, zbyt ordynarna „baba”. W gruncie rzeczy nie sądziły, że ktoś taki ma w ogóle rację bytu. Wszystkie były w swoich poglądach dość podobne – wierzyły w to, co widziały. Kochały sztukę sakralną i kościoły barokowe, ale to by było na tyle. W odróżnieniu od swoich matek i babek, znały własne jutro; ignorancja stała się luksusem, na który nie mogły sobie pozwolić. Broń Boże nie przeoczyć jakiejś fundamentalnej niesprawiedliwości życiowej, nie dopuścić do siebie okrucieństw świata, nie opuścić gardy! Wiara w dobroć i istnienie odgórnego planu były passé; zamiast modlić się o rzeczy, lepiej było je przewidywać. Zerwały z tradycją, rutyną, wagą powtarzanego rytuału – dlatego potrzebowały czegoś innego. Pytały więc sztuczną inteligencję o porady medyczne, plany kariery, sposoby na życie, a ich nastoletnie córki stawiały sobie wzajemnie tarota na imprezach. Były też rozmnażane w wiadomościach łańcuszki i pasty. Każdy czegoś potrzebuje.
Mąż odrzucił pomysł jako absurdalny, śmieszny. Jak ona w ogóle tworzy te swoje wróżby? Zbyt emocjonalnie do tego podchodzisz. W ból Lili na dobrą sprawę też nie wierzył. Miała zagryźć zęby i wytrzymać. W gruncie rzeczy było to bardzo katolickie. Nie chciałam przekazywać jej myśli, że ma tylko wytrzymywać i znosić ból, ale wylewały się ze mnie słowa męża, wcześniej słyszane też od matki i babci. Kotłujące się w środku zdania. Wszystko ma jakiś cel. Bóg ma plan. Nie chciałam przekazywać ich dalej; mogłyby umrzeć wraz ze mną. Ale nie mogłam znaleźć w sobie nic na zastępstwo. Wszystko będzie dobrze. Klepnięcie po łopatkach. Jałowe słowa.
Dotarła do mnie nieadekwatność jakichkolwiek deklaracji. Więc w końcu ustąpiłam i zabrałam moje dziecko do tej starej, drewnianej, lekko stęchłej chaty. Powietrze było opresyjnie nieruchome, duszne. Opisy padające z ust mojej matki, a wcześniej ciotek i babć, były od zawsze identyczne. Zawieszona w czasie i wspólnej wyobraźni baba pozostawała niezmienna. Nie pasowała do szybkiego, nerwowego życia; nigdy nie miałam oporów, by zostawić ją za plecami, poza miastem. Wiedziałam, że i tak zaczeka. A teraz stałam przed nią i powierzałam jej zdrowie mojej córki. Przypominała mi moją matkę; obie wywoływały podobne uczucia. Dziwna mieszanka politowania, wstydu i strachu. Była ucieleśnieniem wszystkiego, czego próbowałam uniknąć kosztem czasu i pieniędzy. My zaś byłyśmy dla niej tylko chwilowym mignięciem w niezmiennej od lat rutynie.
Spojrzałam jej w oczy. Drwiące. Jakby wszystko słyszała.
– Nie ma się czego bać – powiedziała i poklepała mnie po dłoni. Wzdrygnęłam się. Mimo że przyszłam do niej z córką, jej uwaga od razu skupiła się na mnie, jakbym to ja potrzebowała uleczenia.
Patrzy mi głęboko w oczy. Boję się poprzecinanych żylakami i reumatyzmem dłoni, przeszywających duszę oczu. Patrzę w nie, ale ich nie dostrzegam, bo gdy tylko stara zaczyna mówić, wsłuchuję się w dźwięk jej głosu i w transie przestaję widzieć cokolwiek innego.
Zmiany dobiegną końca i staniesz na chwiejnych nogach, jak wmurowana w ziemię. A to, co umocnione powtarzalnością, przestanie tylko wyglądać i zacznie być prawdziwe. A poza tym spełni się dokładnie to, o czym teraz myślisz. Ulga w cierpieniu? Drgnęłaś. Tak, każdy czegoś potrzebuje.