To nie przestępstwo, to moje hobby

Ula Wilczewska

Kiedyś domy budowano jak termitiery. W niepozornym, betonowym bliźniaku kryły się prawdziwe labirynty. Niekończące się schody, strych, piwnica, wiele ciasnych i brzydkich pokoików, a także dwie spiżarnie i trzy telewizory. Na ścianach znalazło się miejsce i na gobelin przedstawiający modlącego się Jezusa, i na tabliczkę „EXIT” ukradzioną z gdańskiej stoczni. Łatwo było zabłądzić w lesie jednokolorowej boazerii, a przy odrobinie chęci dało się tam zaszyć na całą młodość i nie zostać przez nikogo zauważoną. Po osiągnięciu pełnoletności wystarczyło iść cały czas przed siebie, nie zapominając o dotykaniu prawą dłonią boazerii. Prędzej czy później docierało się do jednego z ostatnich korytarzy, zwieńczonego nieocieploną sienią. Dom był już gotowy na wyplucie mieszkanki na ostre światło dzienne, ale wymagał najpierw rozwiązania kilku zagadek. Najbardziej popularna z nich brzmiała: „Jak to jest córcia, że albo cię nie ma, albo siedzisz zamknięta w pokoju jak jakiś pustelnik?”. Po opuszczeniu betonowych ramion, można było udać się gdziekolwiek. Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce należało kontynuować rodzinne tradycje i udać się prosto na uniwersytet, ale broń Boże nie na polonistykę, bo to mogłoby skutkować możliwie najczarniejszą wizją przodków, jaką była praca w szkole publicznej jako nauczycielka.

Po pomyślnym rozwiązaniu wyżej wspomnianych zagadek i udanym wyślizgnięciu się z żelaznych palców domu, znikanie zaczęło wchodzić mi w krew, chociaż wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy. Już sama koncepcja przemieszczania się, wizja opuszczania znanego krajobrazu na rzecz nowego, a przede wszystkim innego, była dla mnie jak zaproszenie, którego nie chciałam odrzucić.

Zaczęło się bardzo niewinnie. Zniknąwszy z rodzinnego miasteczka, zmaterializowałam się w Warszawie, a konkretnie na Pradze, blisko Wiatraka. Sielanka obecności nie trwała jednak zbyt długo, bo już jesienią, leżąc w łóżku i naciągając na uszy czapkę, zaczęłam znów się lekko rozpływać. Wiatr wiejący przez szpary w starych oknach przeszkadzał mi coraz bardziej, grube skarpety dawały uczucie ciepła tylko w połączeniu z kołdrą, co ostatecznie zakończyło się maratonem braku przebywania gdziekolwiek poza kojącą przestrzenią snu.

Zniknięcie całkowite lub częściowe zaczęło z czasem towarzyszyć mi coraz częściej. Zazwyczaj było to przyjemne. Niewidzialna przechadzałam się po korytarzach uczelni i parkach, nie musiałam się z nikim żegnać, wychodząc z imprez ani mówić: „Dzień dobry!” w windzie. Dzięki temu nie musiałam się też wstydzić, że płaczę w tramwaju, rozmawiając z babcią przez telefon ani tego, że nie radzę sobie w pracy jako kelnerka, bo nie umiem liczyć. W paszczy miasta na pstryknięcie palców mogłam stać się przezroczysta lub chociaż półprzezroczysta jak plastikowa zasłona oddzielająca ogródek restauracyjny od ulicy. 

Hobby to ma swoje wady. Poznawanie nowych ludzi bywa trudne, kiedy rozpłynięcie się w ludzkiej mgle jest pierwszym, co robisz po każdym spotkaniu, kursie czy wykładzie. Na szczęście zawsze znajduje się garstka wytrwałych poszukiwaczy, odpornych na słabą widoczność, cierpliwie wysyłających kolejną wiadomość w przestrzeń. Zdarzyło mi się też narazić przez nie na pewne niezręczności, takie jak zapominanie mojego imienia lub mnie w ogóle przez nowo poznane osoby. Ciężko się dziwić, często przychodziłam na spotkania jako same oczy lub same uszy.  

W ciągu dziesięciu lat przeprowadziłam się dziewięć razy. Dziewięć razy spakowałam wszystkie swoje rzeczy i niedbale sprzątałam opuszczane przeze mnie mieszkanie. W niektórych zostawiłam książkę lub pocztówkę, ostatnich świadków mojej obecności. Spałam w niezliczonej liczbie łóżek, większości nie chciało mi się ścielić. Na pewno na każdej poduszce i w każdym odpływie zostawały po mnie długie, czarne włosy. Znikałam głównie w Warszawie, przez rok we Włoszech, kilka miesięcy w Stanach. W pandemii znikło mi wszystko oprócz twarzy, dryfowałam jak pikselowy Zordon w słoju, pojawiałam się na korporacyjnych spotkaniach tylko po to, żeby powiedzieć: „Cześć, trzymajcie się, do usłyszenia!”. Uśmiechałam się przy tym zawsze szeroko tak, żeby nikt się nie zorientował, że został ze mnie tylko ten migający w cyfrowej przestrzeni uśmiech na Zoomie.

Myślałam, że tak już będzie zawsze, że będę tylko zmniejszać liczbę przenoszonych rzeczy, zmniejszać ilość przenoszonego ciała, że będę mogła przeżyć swoje życie jako przechodzień, osoba w dworcowej poczekalni, śpiący pasażer samolotu.

Blondynka w różowym fartuchu patrzy na mnie i mówi, że to zapalenie trzustki. Widzi mnie bardzo wyraźnie, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Opuszczam wzrok na kota, który cicho warczy. Jest cały czarny i wystają mu dwa przednie kły, wygląda jak nietoperz, wszystkich śmieszy. Chociaż nazywa się Dżin, on też nie może rozpłynąć się w powietrzu ani schować w żadnej magicznej lampie. Może to dlatego, że imię wziął od drinka, Gin&Tonic. Zamiast tego, jego czterokilogramowe ciałko lekko się trzęsie, tak jakby rozumiał kolejne informacje, które dostajemy od weterynarki. Nie wiadomo, czy uda się go wyleczyć, a nawet jeśli, już nigdy nie będzie tak, jak wcześniej. Czuję na sobie spojrzenie. Obracam głowę w prawo i przez uchylone drzwi widzę zwierzęcy szpitalik, pełny klatek, koców i różnych sprzętów. Wygląda trochę jak składzik, ale zamiast dżemów i rowerów, gromadzone są w nim chore zwierzęta. Czekają na swój moment, na swój sezon. Na podłodze leży wielki, siwy pies. Jego wyleniałe, zszarzałe ciało zajmuje większość wolnej przestrzeni. Oczy ma lekko mętne, ale patrzy prosto na mnie. Dżin ma dosyć zastrzyków, z każdym dniem jest coraz trudniej, pierwszy raz w życiu próbuje mnie ugryźć. Po wszystkim wychodzimy do poczekalni. Recepcjonistka mówi spokojnie do słuchawki: „Może pan przyjść odebrać ciało”. Nie słyszę odpowiedzi, ale jestem pewna, że osoba po drugiej stronie płacze. Cieszę się, że to nie ja i zaraz ta myśl mnie zawstydza.

Leżę na kanapie z dwoma kotami. Od kilku miesięcy przeglądam się bezustannie w swojej własnej soczewce. Zbliżenia są ostre i nie zawierają filtrów, a jeśli nawet zawierają, nie da się ich oddzielić od rzeczywistego obrazu. Czy to o to chodziło, kiedy przed snem wyobrażałam sobie, jak zsuwam się powoli w głębię wody, spokojnie obserwując oddalające się źródło światła? Czym jest wolność, o której skrycie marzyłam, do której dążyłam, od czego ciągle uciekałam? 

Moje życie to trzydziestometrowe mieszkanie na Powiślu, kwadrat okna z niezmiennym, szaro-żółto-pomarańczowym blokiem, sklepem Carrefour otwartym każdego dnia i ludźmi, których wygląd danego dnia służy mi za miernik temperatury. Czasami jest to mylące, zwłaszcza w marcu, kiedy krótki rękawek przeplata się z kurtką puchową. Mogłabym wyjść na balkon, ale od kilku miesięcy stoją tam przedmioty przeznaczone na banicję w piwnicy (stara kuweta, hulajnoga i wiadro). Unikam zbliżania się w te rejony, żeby uchronić się przed nagłym ukłuciem wyrzutów sumienia i kolejną próbą ustalenia ostatecznego terminu podróży w głąb bloku. Poszłam tam tylko raz, po przeprowadzce. Do tej pory czuję na plecach ślad po obrzydzeniu widokiem martwego, czarnego żuka i trutek na szczury wystawionych wzdłuż tunelu piwnicy. Wyprawa jest jednak nieunikniona.

Chory kot zwija się w precelek na moim brzuchu, czuję jego ciepło i że jesteśmy naprawdę. Mam trzydzieści lat i już nie znikam.