Samokształtowanie

Faustyna Jasek

Dostałam w prezencie puzzle. Rozbudowany zestaw, fragmenty można by liczyć w tysiącach. Nie zdążyłam jeszcze nauczyć się lęku przed porażką, zadanie przyjmuję więc ze spokojem i uśmiechem na ustach. Z ekscytacją przeglądam mnogość kolorów, chwytam garściami maleńkie kawałki i pozwalam im przesypywać się przez palce – upojona wizją tego, jak z mnisią cierpliwością układam z nich prawdziwy obraz, wyobrażam sobie, jak mógłby wyglądać. Ta wizja nagli mnie do działania i z rumieńcem daję się temu uczuciu porwać. Mój wzrok od razu wychwytuje fragmenty z najmocniej zarysowanymi konturami i początkowo wręcz z namaszczeniem wyjmuję je z pudełka. Podoba mi się, jak abstrakcyjne wzory powoli przeistaczają się w konkretne kształty, nabierają sensu, znaczenia. Z miłym zaskoczeniem przyjmuję natychmiastowe dopasowania, czerpię dumę z tych wymagających kilku minut zastanowienia. Krok po kroku podążam za kierunkami, które wyznaczają linie – tak długo, aż wyłowię je wszystkie. Słyszę, jak ktoś w innym pokoju puszcza głośno muzykę. Wydaje mi się, że rozpoznaję utwór, ale szybko o tym zapominam.

Czas na skupienie, przede mną cięższy etap. Gdy odsiałam już charakterystyczne fragmenty, na blacie pozostały jedynie mgliste smugi, wymieszane, niejasne odcienie. Pora nadać im kształt. Ogarnia mnie lekki niepokój, choć przecież tęskniłam za większym wyzwaniem. Metoda na chybił trafił przestała działać, próbuję nowych strategii. Rozdzielam stos puzzli na mniejsze części, aby łatwiej było z nimi pracować. Skupiam się na konkretnych wzorach, kształtach, szukam podobieństw, łączę i rozłączam kropki. Uciekam się nawet do najbardziej żmudnej strategii – przeglądania kawałka po kawałku, analizy i porównywaniu każdego elementu ze wszystkimi pozostałymi. Wciąż jednak zmagam się z poczuciem, że puzzli nie ubywa, że wciąż czegoś gdzieś brakuje. Ignoruję syreny zza okna oraz głos wymawiający moje imię.

Nie podoba mi się ta sytuacja. Coś idzie nie tak. Cała układanka co rusz wymaga nowej transformacji. Mam dosyć ciągłego szukania. Zaczynam na nowo wciskać puzzle w miejsca, do których od początku nie pasowały. Może tym razem będą? Czy nie są wystarczająco podobne? To kwestia milimetrów, naprawdę, co z tego, że delikatnie odstaje. Dopadają mnie wątpliwości. A co, jeśli pasujących puzzli zawsze brakowało? Co, jeśli moja układanka była wadliwa, niektóre fragmenty wypadły w produkcji, gdzieś się zapodziały, zostały zabrane? Przecież takie rzeczy się zdarzają. Siedzę wciąż w miejscu i dociskam niepasujący puzzel do reszty. Nacisk niszczy nie tylko trzymany przeze mnie fragment, ale też przylegające do niego krawędzie. Zamykam się, odsuwam i przysuwam, odwracam, przekładam i wciskam na siłę zupełnie przypadkowe fragmenty. Nie słyszę ciszy.

Uznaję, że już wystarczy. Tak po prostu. Spędziłam tu tyle godzin, że sama nie potrafię rozpoznać, czy układanka rzeczywiście jest skończona, czy przez ten czas zdążyłam to sobie wmówić. Nie wiem nawet, czy jestem zadowolona z finalnego efektu, po prostu go akceptuję. Znikła początkowa ekscytacja, znikła wola walki, frustracja, znikł też lęk. Z dziwną pustką – ostatecznie tak długo czekałam na ten moment – wychodzę z pokoju. W końcu. W pewnym stopniu odnaleziona, poniekąd usatysfakcjonowana. Wychodzę, może żeby się pochwalić, z nonszalancją rzucić: Skończone, chcesz rzucić okiem? Za drzwiami nie ma nikogo. Setki mozaik zerkają w moją stronę, a ja nie dostrzegam ich krzywych krawędzi, przebarwień, obić, pęknięć, odciętych fragmentów i irracjonalnych dopasowań. Widzę jedynie nieobecność ich właścicieli.