Najlepsza wróżka w mieście

Aleksandra Iwaszko

Większość rozwieszonych po okolicy kartek z odręcznym napisem „NAJLEPSZA WRÓŻKA W MIEŚCIE” źle znosiło jesienne warunki pogodowe. Przyklejony dwustronną taśmą do słupów, płotów oraz ścian budynków papier podarty został na brzegach przez zwinne palce wiatru, a fioletowy flamaster, którego użyto do napisania numeru telefonu oraz adresu, miejscami rozmył deszcz. Gdyby jednak któryś z plakatów przykuł uwagę jednego z przechodniów na tyle, aby włożył on wysiłek w odcyfrowanie namiarów osoby dumnie mianującej się najlepszą wróżką w Warszawie, zostałby on skierowany do starego grochowskiego bloku w kolorze pomarańczowym. Budynek ten nie posiadał windy, a mieszkanie wróżki znajdowało się na piątym piętrze. Dostanie się tam mogło więc stanowić dla niektórych nie lada wyzwanie. Gdyby jednak zaciekawiony przechodzień nie zrezygnował i dysząc ciężko od wysiłku, z płucami wypełnionymi piwnicznym zapachem klatki schodowej, doczłapał pod drzwi opatrzone numerem 54, odkryłby, że widnieje na nich znajomy już, skreślony fioletowym flamastrem na białej kartce A4 napis „NAJLEPSZA WRÓŻKA W MIEŚCIE”.

Marianna przygotowana była na nadejście gościa o każdej porze dnia oraz nocy. Wizja sytuacji, w której ktoś przyłapuje ją na braku profesjonalizmu, napawała ją ogromnym lękiem. Gdyby potencjalny klient zebrał się na odwagę, aby zastukać kostkami palców o ciemne drewno, na otwarcie drzwi musiałby czekać zaledwie parę sekund. Już po chwili z oparów kadzidła wyłoniłaby się niska, sześćdziesięcioparoletnia kobieta ubrana w zwiewne, czarne ubrania, z koralami wokół szyi, ze złotymi kolczykami w uszach, z chustą na długich, posiwiałych włosach i czarnym kotem kręcącym się wokół ozdobionych brzęczącymi bransoletami kostek. Któż wtedy miałby jakiekolwiek wątpliwości, że ma do czynienia z prawdziwą profesjonalistką? 

Marianna dbała naturalnie nie tylko o własną prezencję, ale również z uwagą dobierała elementy składające się na wystrój jej mieszkania. Na każdym meblu ustawione były kadzidła oraz świece, zapalane przez kobietę z samego rana i gaszone dopiero, gdy szykowała się do snu. Z sufitu zwieszały się łapacze snów, a na regałach z książkami próżno by szukać pozycji traktującej o czymś innym niż magia. No i oczywiście była też czarna kotka o imieniu Luna, podążająca krok w krok za właścicielką. Salon, w którym Marianna przyjmowała klientów, oddzielony był od przedpokoju sznurami koralików, które grzechotały o siebie nawzajem, gdy ktoś odsuwał je ręką, aby przejść. Zwyczajowo salon jest pomieszczeniem, w którym ludzie ustawiają meble takie jak stolik do kawy lub kanapa i zasiadają na niej wieczorami, aby obejrzeć telewizję. Salon Marianny był nim tylko z nazwy. Nie miała telewizora, stolika ani nawet kanapy, a jedynie przykrywający niemalże całą podłogę wzorzysty dywan, porozmieszczane po kątach rośliny oraz, oczywiście, stojące na podłodze świece, po zachodzie słońca stanowiące jedyne źródło światła. W centrum pomieszczenia leżały karty tarota, na pierwszy rzut oka rzucone niedbale, w rzeczywistości jednak z namysłem ułożone w kształt pozornego chaosu. 

Mariannie często zdarzało się chodzić po domu, poczynając od progu, a kończąc na salonie. Wyobrażała sobie, że nie jest sobą, tylko obcą osobą, widzącą wnętrze po raz pierwszy. Przebywała tą trasę raz po raz, wcielając się w rolę ludzi o różnym wieku oraz płci, mających odmienne poglądy i podejście do życia. Starała się wystosować na tej podstawie uniwersalną wizję mieszkania wróżki i urządzić otoczenie tak, aby z każdego kąta aż biło wiarygodnością w odczuciu każdego potencjalnego klienta. Spędzała długie godziny przewieszając dekoracje, przestawiając książki oraz świeczki, do czasu, aż efekt końcowy napełniał ją satysfakcją. 

Gdy Marianna wróżyła, siedziała po turecku na dywanie, a każdy nieznaczny ruch jej dłoni, każde rzucone klientowi spod rzęs przelotne spojrzenie, każde delikatne przekrzywienie głowy lub zgarbienie pleców, stanowiły przećwiczony setki razy repertuar gestów, który w jej mniemaniu sprawiał, że cała jej postać emanowała aurą profesjonalizmu. Spędzała długie godziny przed lustrem, ucząc mięśnie twarzy, aby układały się w minę, jaka w jej wyobrażeniu zdobić powinna oblicze najlepszej wróżki w mieście. 

Samo wróżenie było najprostszą częścią. To karty przemawiały, a Marianna stanowiła jedynie pośredniczkę przekazującą ich słowa dalej. Każda miała swoją własną barwę głosu oraz temperament: Kochankowie mówili spójnym i melodyjnym dwugłosem, podczas gdy Głupiec często mamrotał niewyraźnie, posługując się skrótami myślowymi. Karta Sprawiedliwości przemawiała niskim, kobiecym basem, podczas gdy Kapłankę cechował ton naszpikowany irytacją oraz wyniosła opryskliwość. Marianna nie lubiła, gdy któryś z klientów wyciągał Kapłankę, tak samo jak nie przepadała za Śmiercią i Wisielcem. Ich ponury pesymizm wprawiał ją w niepokój. 

Jej karty były mocno zużyte – miejscami pogięte, o postrzępionych rogach i smugach brudu przecinających ilustracje. Widniejące na nich postaci niemalże nieustannie poruszały się. Marianna widziała ich przewrócenia oczami, zaciskanie ust, liczne ruchy dłoni, głowy przechylone w namyśle, nerwowo przebierające nogi. Czasem zdawało jej się wręcz, że ich małe, ruchliwe ciałka pęcznieją i nabierają trójwymiarowości, nigdy jednak nie udawało im się wyjść poza krawędzie karty, choć Marianna nie raz widziała, jak próbują. 

Ona również często do nich mówiła, zwłaszcza do tych, które lubiła. Cesarzową uważała za swoją najbliższą przyjaciółkę i często krzątając się po domu w trakcie gotowania lub sprzątania, trzymała ją w przedniej kieszeni koszuli, aby móc na bieżąco komentować jej to, co akurat robi. Widniejąca na ilustracji, siedząca na tronie kobieta, opierała brodę na dłoniach, uważnie chłonąc jej słowa. Z kolei Gwiazdę i Księżyc lubiła trzymać przy łóżku, gdy zasypiała. Ich kołysanki sprawiały, że szybko osuwała się w stan nieświadomości i bezproblemowo przesypiała całą noc. 

Marianna nie pamiętała, jak to się stało, że została wróżką, a tym bardziej, jak odkryła, że potrafi rozmawiać z kartami. Gdy co rano myjąc zęby patrzyła w lustro, widziała, że jej twarz jest stara, co jednoznacznie świadczyło o tym, że musi posiadać jakąś historię. Zdarzały jej się momenty, gdy z linii zmarszczek znaczących jej czoło i policzki próbowała wyczytać jakiekolwiek informacje o samej sobie, jakby był to nowy rodzaj wróżby działającej na opak i informującej o przeszłości, a nie przyszłości. Parokrotnie zadawała kartom pytania na swój własny temat, jednak te uparcie odwracały od niej wzrok i milczały. Myślała wtedy ponuro o tym, że najwidoczniej umiejętność przewidywania cudzego losu okupiona została brakiem kontroli nad swoim własnym. Czasem, w momentach, gdy jej umysł ogarniało zmęczenie, wydawało jej się, że jej myślom niemalże udaje się pochwycić skrawek oddarty od jakiegoś odległego wspomnienia – zapach ziemi po przelotnym deszczu, piach pod paznokciami, smak truskawek na języku. A jeszcze innym razem ubrane w zieloną koszulę plecy idącej przed nią kobiety, jej związane w kucyk włosy podskakujące w takt kroków, wygląd jej twarzy i barwa jej głosu majaczące gdzieś na obrzeżach umysłu Marianny. Każdy z takich urywków rozwiewał się niczym rozproszony wiatrem dym z ogniska, równie szybko jak się pojawił, bezpowrotnie. 

Życie Marianny zawężone było do blisko nieokreślonego tu i teraz, podczas gdy jej otoczenie ograniczało się do jej mieszkania i dyskontów, w których zaopatrywała się we wszystko, co człowiekowi niezbędne do przetrwania. Otaczające ją ściany wytyczały granice tego, co znajome, a wszystko, co znajdowało się poza nimi, napawało ją strachem. Raz tylko zapuściła się dalej od domu, aby porozwieszać plakaty. Warszawa wydała jej się wtedy nieskończenie wielkim wrzącym kotłem, w którym rozliczne dźwięki były jak wbijające się w jej mózg szpilki, a kłębiąca się wszędzie masa ludzka przybrała w wyobrażeniu Marianny postać potwora o niezliczonej ilości głów oraz kończyn. Tylko we własnym wypełnionym kłębami dymu kadzidlanego salonie czuła się bezpieczna, na miejscu. 

Po tym, jak rozwiesiła plakaty, spodziewała się, że już następnego dnia zastanie pod swoimi drzwiami kolejkę chętnych na czytanie tarota, jednak tak się nie stało. Klienci stanowili rzadkość i Marianna nie wiedziała, czy wynika to z dużej konkurencji na rynku wróżek, a jej zapewnienie o byciu najlepszą z nich wypadło mało wiarygodnie, czy też współczesne społeczeństwo posiadało małe zapotrzebowanie na wróżby. Dni wypełnione oczekiwaniem sprawiały, że w pewnej chwili z nudów zaczęła wymyślać klientów. Nie była pewna, jak na to wpadła, ale kiedy już zaczęła, nie potrafiła przestać. Wyobrażała sobie, że ktoś puka do jej drzwi, a potem odgrywała całą scenkę zapraszania przybyłego do środka i prowadzenia go w stronę salonu. Przywiązywała dużą wagę do zwizualizowania wyglądu wymyślonej osoby, poczynając od ubrań i fryzury, aż po wyraz twarzy, sposób poruszania się, barwę głosu. Zabawiała się losowaniem przypadkowych kart i wymyślaniem na ich podstawie historii nieistniejącego klienta. Jej umysł okazał się być wypełnioną pomysłami studnią bez dna, za krawędź której pewnego dnia wychyliła się za mocno i wpadła tam na dobre. 

Z czasem wyimaginowani klienci zjawiali się w jej głowie sami, a widziała ich tak samo wyraźnie, jak ludzi ulepionych nie z myśli, a z krwi i kości. Czy ta studentka prawa o farbowanych na rudo włosach, która odkryła w telefonie narzeczonego aplikację randkową i przyszła poradzić się, czy należy zerwać zaręczyny, była prawdziwa? Marianna pamiętała resztki jedzenia utkwione pomiędzy jej górnymi zębami, wyglądający zza krawędzi kremowej koszuli pieprzyk w zagłębieniu lewego obojczyka, oraz oczko puszczone w rajstopach na tyle prawego uda, jednak pomimo tych detali nie była w stanie tego orzec. A ten czterdziestoletni mężczyzna po rozwodzie, ojciec trójki dzieci, których nie widział od roku, śpiący na podłodze nieumeblowanej kawalerki, zastanawiający się, czy nie wrócić na studia i nie zmienić ścieżki kariery? Marianna pomyślała o otaczającym go zapachu papierosów i świetle świec odbijającym się w jego nietypowo zielonych oczach, gdy z rozmysłem wybierał kartę. Nie potrafiła stwierdzić. 

Nie pobierała opłaty za wróżby, ponieważ uważała, że byłoby to z jej strony bezczelnością, nie mogła więc zweryfikować rzeczywistej ilości klientów na podstawie zarobionych pieniędzy. Jednak za każdym razem, gdy łapała się na wątpliwościach co do realności przewijających się przez jej mieszkanie osób, dochodziła do tego samego wniosku – to nie miało znaczenia. Wróżenie stanowiło jej życiową misję, jej powołanie, a także przeznaczenie. Gdyby było inaczej, nie słyszałaby głosów kart tak samo wyraźnie, jak sączącego się przez rozszczelnienie kuchenne okno jednostajnego szumu przejeżdżających samochodów lub postukiwania obcasów szykującej się do wyjścia sąsiadki piętro wyżej. Dostała od losu niezwykle cenny dar i robiła, co mogła, aby wykorzystać go jak najlepiej, pomagając innym naprostować ich powyginane jak gałęzie drzew życia. Czuła, że osoby pojawiające się na jej progu zostały w tym kierunku pchnięte ręką opatrzności. Rozumując w ten sposób, każdy, komu pisane było zasiąść na jej wzorzystym dywanie i zgarbić obrysowaną blaskiem świec sylwetkę nad talią jej tarota, prędzej czy później odnajdzie drogę pod właściwy adres. W międzyczasie zaś osoby będące jedynie halucynacjami wypełniały jej czas oczekiwania i dotrzymywały towarzystwa. 

Poza tym – myślała sobie czasem – skąd miała brać pewność, że klienci, których zmyśliła, rzeczywiście nie istnieją? Mogły to być osoby, którym dopiero pisane było zaistnieć, urodzić się w jakiejś bliższej lub dalszej wersji przyszłości, w której nie było już Marianny, jednak jej głos przebijał warstwy lat niczym zaostrzony ołówek przebijający stos chusteczek. Mogły to być także echa przeszłości, niespokojne dusze wędrujące po ziemi w poszukiwaniu pytania, co w ich życiu poszło nie tak i może, myślała Marianna, jej talent zdolny był nawet do zmiany przeszłości. Wyobrażała sobie swoje mieszkanie jako samotną wyspę dryfującą na styku tego, co było, jest i będzie, jako piąty wymiar, w którym warstwy czasoprzestrzenne nakładały się na siebie i przeplatały. A potem dokładała do tego wszystkiego jeszcze kolejną teorię – może byli to ludzie przenikający do niej z jakiś równoległych rzeczywistości, bo czy naprawdę to ta jej porośnięta siwymi włosami głowa była w stanie wytworzyć tych ludzi? A czasem jeszcze zastanawiała się, skąd właściwie wzięło się to jej dziwne przeświadczenie, że część klientów jest wymyślona? Może ona już dawno temu przestała wymyślać, a plakaty rzeczywiście przyniosły zamierzony skutek i teraz na jej próg ciągnęły tłumy. Ostatnio coraz częściej podejrzewała, że to jakiś pierwotny, wrodzony pesymizm zabraniał jej wiary w odniesiony sukces, czyniąc teorie o równoległych rzeczywistościach bardziej prawdopodobnymi. 

Dźwięk pukania do drzwi rozrywa porastającą umysł Marianny pajęczynę zamyślenia. Podnosi się z dywanu, kątem oka widząc, jak postaci na rozrzuconych na podłodze kartach ożywiają się, szepcząc między sobą. Gdy otwiera przybyłemu, widzi, że jest on zaledwie parę lat młodszy od niej, ubrany w spraną, flanelową koszulę. Przecinające jego twarz zmarszczki przynoszą Mariannie na myśl formujące się na tafli morza wzgórki fal. 

– Dobry wieczór – mówi tonem wyrażającym niepewność, w dłoniach mnąc zdjęty z łysiejącej głowy wełniany beret. – Ja do wróżki. 

– Oczywiście, zapraszam do środka – mówi Marianna, a echo jej głosu odbija się parokrotnie od ścian pustego korytarza klatki schodowej.