Olga Sapiechowska
Wiesz, że w latach 80. wylądowali tu obcy? Normalnie, kulturalnie – wysiedli, przeszli się, zrobili grilla, upiekli zielone kiełbaski. Okoliczni mieszkańcy widzieli spodek. Działkowicze znaleźli zwęglone pozostałości po uczcie.
Mówi to, wpatrzona w miejscami jeszcze zmrożoną taflę Jeziorka Czerniakowskiego. Okna pobliskich budynków odbijają resztkę zachodzącego słońca. Wygląda, jakby trawił je pożar. Cienka skórzana kurtka ledwo chroni mnie przed zimnem, co chwilę mam dreszcze.
Pięknym kobietom można wiele wybaczyć. Ja wyszedłem szukać żonkili, ona wyszła wypatrywać niezidentyfikowanych obiektów latających, proste. Przystaję, słucham, chociaż brzmi to jak bełkot pospolitego, schizofrenicznego żula zza winkla. Niech będzie i piknik na skraju jeziorka.
I tak to się zaczyna.
–
Pierwszy incydent miał miejsce w 1922 roku na terenach obecnego Targówka. W tamtych czasach kompletny wypizdów – taki, że mgła krowy dusi. I to właśnie jedna z tych krów albo może jej pastuch, nieważne, w każdym razie ktoś widział dziwny lewitujący obiekt. Sensacja migiem rozeszła się po mieście, dlatego potem zieloni powrócili do prowadzenia operacji w trybie incognito. Czasami znikała jakaś koza czy gęś, czy dziecko do lat pięciu, czasami zwiększała się częstotliwość obserwacji zjawisk potocznie określanych mianem „spadających gwiazd”, ale generalnie posucha. Jedynie podczas okupacji pijany kierowca spodka zderzył się z pijanym kierowcą niemieckiego bombowca. Niestety, na nieszczęście badaczy zjawisk paranormalnych oraz państwa polskiego, skończyło się jedynie na obustronnych otarciach.
Dopiero w latach 80. sytuacja zmieniła się diametralnie. Obecny konsensus naukowy skupia się na teorii, jakoby przybysze upodobali sobie okolice Kopca Powstania, jeszcze wtedy, gdy był po prostu zarośniętą kupą gruzu zwiezionego z całej powojennej Warszawy. Według najwybitniejszych ufologów, obcych przyciągają szczególnie miejsca naładowane karmicznie. Zgoła nieludzkie rysy mieszkańców Czerniakowa jeżdżących w godzinach przedpołudniowych od pętli do pętli to wcale nie oznaka degeneracji i społecznego rozkładu, to podpowiedź.
Pomyśl, jak dużo w naszym mieście obiektów wzniesionych na planie koła. Rotunda, Patelnia, Metro Plac Wilsona. Okrąglak, Gruba Kaśka, dach w Złotych Tarasach. Zazwyczaj spodki poruszają się tak szybko, że nie sposób zarejestrować ich gołym okiem. Tylko czasami, na peryferiach naszej pamięci, pojawiają się powidoki.
Pijemy piwo gdzieś w krzakach po praskiej stronie Wisły. Dowiaduję się, że za projekt życia obrała zbieranie wyrwanych z tkanki miasta dowodów na aktywność pozaziemską i że dzięki temu wszyscy przypomnimy sobie to, co wyparte, a prawda nas wyzwoli. Że to wszystko na serio, bez beki. I że szuka asystenta. To miał być tylko wiosenny plener z nową, delikatnie odklejoną, koleżanką z osiedla. Nic bardziej mylnego. Pod koniec kwietnia niespodziewanie zostaję stażystą w dziedzinie ufologii.
Decydujemy się na ambitny plan przeczesania Warszawy wzdłuż i wszerz, póki jest ciepło, póki dni ciągną się w nieskończoność i nad żadnym z nas nie wisi widmo obowiązków ani uczciwej pracy, ani „ile ty masz lat, dorośnij”. Lato wybacza, więc odkładam szukanie zajęcia na bliżej nieokreślone potem. Lato wybacza, więc wieczorami wymykam się na spacery, które trwają do świtu. Lato wybacza, więc przysypiam na klatkach schodowych, w przejściach podziemnych, w nocnych autobusach. Śni mi się wielka płyta i gwiazdozbiory.
Opuszczone centrum handlowe Panorama z całą tą kosmiczną geometrią i niepokojącym echem. Okna, w których dzieciaki powyklejały fluorescencyjne gwiazdki. Ursynowskie pagórki niewiadomego pochodzenia. Obłąkańcze bazgroły na wiatach przystankowych. Każde zjawisko dokumentujemy fotografią opatrzoną opisem. Przechodnie gapią się najpierw nieśmiało, potem otwarcie. Mam to w dupie, już dawno ich przejrzałem. Niektórzy nie kryją się nawet z wyłupiastymi oczami i specyficznym odcieniem skóry.
Podczas badania terenowego w okolicach Skarpy Wiślanej moja de facto przełożona wygrzebuje z ziemi perfekcyjnie okrągły, opalizujący kamień. Zamiast opisać i zabezpieczyć znalezisko, wręcza mi je w prezencie. Na szczęście.
Wróżbitka Marzanna stawia nam tarota w swojej klitce na Sadach, której wystrój prawdopodobnie nie zmienił się od lat 90. ubiegłego wieku. Jest nawet meblościanka. Czuję kurz i kadzidło. I pot. Czytałem rano, że cały tydzień mają nas nękać noce tropikalne, podczas których temperatura nie zejdzie poniżej 20 stopni. Ta noc jest do tego najkrótsza w roku. Jeśli wezmę wystarczająco duży rozbieg, nie pójdę spać do końca sierpnia.
Koło Fortuny, Cesarzowa, Gwiazda. Wielkie bogactwo i nieopisana radość. Uda ci się wszystko, co tylko postanowisz.
Wychodzimy na balkon odetchnąć świeżym powietrzem. Wróżbitka Marzanna pali cienkiego papierosa i stara się pozować jak tragiczna piękność z okładki gotyckiego harlekina. Zauważam owalny budynek na środku placu między blokami. To chyba po prostu jakiś większy śmietnik, ale dla mnie wygląda jak Rotunda, jak Patelnia, jak Metro Plac Wilsona. Jak dobra wróżba. Jak kręgi w zbożu.
W międzyczasie wakacje wypluwają z odmętów rozluźnionych relacji ludzi, z którymi przy dobrych wiatrach widuję się raz na pół roku, raz na rok. Którejś sierpniowej nocy trochę przesadzam przy barku i opowiadam każdemu, kto chce słuchać, o niedawnym przebranżowieniu, o biwaku nad Jeziorkiem Czerniakowskim, ukrytym owalnym kodzie budowlanym i tej, która mnie w to wszystko wciągnęła. Jest całkiem zabawnie. Historia okazuje się prawdziwym hitem. Zbiera same pochwały, od serdecznego uśmiechu aż po gromki aplauz. Śmieję się razem z nimi, śmieję się aż do pęknięcia przepony, a potem wychodzę bez słowa.
Wracam przez upstrzone biurowcami okolice, w które zazwyczaj się nie zapuszczam, i zapamiętuję je jako obiecujący teren badawczy. W prawej dłoni nieustannie ściskam szczęśliwy kamień. Jutro spadną Perseidy.
